poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Opowiadanie 2. Część 21.

Precyzyjne omówienie i przyjrzenie się całej sprawie zajęło nam trochę ponad godzinę. Opracowaliśmy wspólną taktykę i teraz mogliśmy jedynie czekać na termin rozprawy. Mam nadzieję, że to wystarczy, bo zupełnie szczerze to nawet nie dopuszczam do siebie innej myśli, nie jestem w stanie. Jeżeli Piotr naprawdę straciłby prawo do wykonywania zawodu, a ja przez cały czas byłabym uziemiona na tym cholernym wózku to... naprawdę bylibyśmy skończeni. Stop. Pod żadnym pozorem nie możemy do tego dopuścić. Teraz nie jesteśmy sami. Mamy jeszcze dwa małe szkraby do opieki. Musimy się nimi zająć. Ostatecznie mają tylko nas. 
- Myślisz, że się uda? - spytał mnie spojrzeniem pełnym niepewności mąż, kiedy tylko drzwi od gabinetu się za nami zamknęły. 
- Musi. Nie mamy wyjścia. - przytuliłam go. - Chodź, rozprawa dopiero za miesiąc. Nie myśl teraz o tym, nie warto. Są przyjemniejsze rzeczy. - starałam się go pocieszać, kiedy przemierzaliśmy korytarz, aby dotrzeć z powrotem do naszego synka. 
Miałam rację. Są przyjemniejsze rzeczy i to znacznie. Przekonaliśmy się o tym, kiedy niespełna piętnaście minut później oznajmiono nam, że Eryk może już opuścić szpital i przenieść się do domu. Byłam naprawdę szczęśliwa, ale wiedziałam również, że nie będę mogła odwiedzać go, kiedy tylko zechcę. Niestety to, że on może już wyjść nie jest równoznaczne z tym, że i ja. Było jednak coś, co wybijało się przed te wszystkie informacje i już wcześniej nie dawało mi spokoju - jak poradzi sobie Piotr z dwójką malutkich dzieci sam? Na szczęście miałam takie obawy już wcześniej, a raczej naprowadziła je na mnie Monika (pielęgniarka) i dzięki temu miałam czas do namysłu. 
- Hana, będę musiał wziąć urlop. Inaczej nie ma sensu. Nie dam rady sam z Tośką i Erykiem wszystkiego ogarnąć. On jest taki malutki. - martwił się. 
- Spokojnie kochanie. - pocałowałam go w policzek. - Mam układy i jestem już świadoma od dwóch dni. - znacząco do niego mrugnęłam. 
- Czekaj, co? - nagle ożył. 
- Haha, słuchaj. - kontynuowałam. - Zadzwoniłam po twoją mamę, ale powiedziała, że nie da rady przyjechać przez pracę czy coś w tym stylu, więc zadzwoniłam do swojej. Miała pełno zaległych dni wolnych i i tak planowała przyjechać zobaczyć wnuka no i dowiedzieć się dokładnie wszystkiego o wypadku, więc złożyła pojedyncze wolne w całość i wyszło jej kilka porządnych tygodni. Dogadałyśmy się ze wszystkim i byłam zadowolona, ale wczoraj zadzwoniła twoja mama. Powiedziała, że rodzina jest dla niej najważniejsza i odwołała wszystkie projekty i też jest wolna.- zaśmiałam się, bo byłam już pewna po kim Piotr ma tak dobre serce. - Mówiłam, że już nie trzeba i w ogóle wszystko jej wyjaśniłam, ale uparła się i powiedziała, że też wpada i koniec. Na koniec stwierdziła, że to jeszcze lepiej, że będą we dwie, bo przynajmniej trochę poplotkują. Więc... - musiałam złapać porządną ilość powietrza, aby ponownie przejść dalej. - Masz do pomocy dwie doświadczone mamuśki, Piotrek. - wreszcie skończyłam cała rozpromieniona. - W trójkę na pewno dacie sobie radę lepiej niż ja. 
- Nikt nie da sobie z nim rady lepiej niż ty. Jesteś jego mamą. - opiekuńczo pocałował mnie w czoło. 
- A ty tatą. - przysunęłam się do niego. 
Przez tą krótką chwilę nie myślałam o niczym innym tylko naszej szczęśliwej rodzince. Było nam tak dobrze. Eryk wkrótce zobaczy babcie. Będzie szczęśliwy, a kiedy on jest szczęśliwi wszyscy wokół są szczęśliwi. 


Zachęcam do komentarzy! Im więcej tym szybciej następna część. Nie ukrywam, że bardzo na was liczę. Mam nadzieję, że dacie radę to i ja się postaram. 

Pozdrawiam, Patrycja

środa, 19 sierpnia 2015

Opowiadanie 2. Część 20.

- Chciałabym być przy tej rozmowie. - odparłam pewnie, kiedy już prawie zakończyliśmy temat.
- Dobra, dam ci znać jak już będę wiedział kiedy i gdzie. - powiedział mój mąż, jednocześnie kiwając głową. Pocałował mnie w polik i przy drzwiach zdążył jeszcze pomachać, po czym szybko wyszedł z sali. W sumie nie dziwne, że się spieszył. Pewnie myślał, że wdrożenie mnie w sytuację potrwa nieco krócej, dzięki czemu zostanie mu trochę czasu. Był jednak w sporym błędzie i właśnie dlatego musiał prawie pędzić na swoją zmianę. To lekarz powinien czekać za pacjentem, a nie na odwrót..
Kiedy zostałam sama zaczęłam pracować nad moimi nogami. Spędzałam nad tym naprawdę dużo czasu oprócz samych rehabilitacji. W każdej wolnej chwili ćwiczyłam je. Uparłam się, obiecałam to Lenie i przede wszystkim samej sobie, dlatego chciałam dotrwać w obietnicy. Mój początkowy optymizm nieco już jednak słabł, kiedy z dnia na dzień nie było wciąż żadnych zmian, a ja coraz bardziej zaczynałam przyzwyczajać się do roli kaleki.
Około godzinę później przyjechała moja ulubiona pielęgniarka, aby zabrać mnie już na taką prawdziwą i powiedzmy profesjonalną rehabilitację.
- Widzę jak bardzo się starasz dla swojego cudownego synka. Dasz radę. - odparła w trakcie naszej krótkiej podróży. Całkiem nieźle się dogadywałyśmy o czym świadczył już sam fakt, że praktycznie od pierwszego dnia byłyśmy "na ty".
- Widziałaś go? - próbowałam skupić się na dziecku. Rozmowy o moim malutkim skarbie od razu poprawiały mi humor.
- Oczywiście, że tak. Codziennie chociaż na pięć minut do niego zaglądam. - ciepło się do mnie uśmiechnęła. - Gdybyś tylko widziała ile osób stąd go odwiedza.
- Bo zaraz zrobię się o niego zazdrosna. - zażartowałam, po czym obie wybuchłyśmy śmiechem. - Sama pędzę do niego od razu po ćwiczeniach i już nie mogę się doczekać. - całkowita prawda. Kochałam wszystkich, którzy mnie odwiedzali i całą atmosferę tu panującą, jednak najlepsze momenty moich dni tu to bezkonkurencyjnie liczne odwiedziny synka. Nie mogłabym wybrać nic lepszego. Nie wyobrażam sobie mojego pobytu tutaj bez niego.
- Ma twoje oczy. - serdecznie powiedziała, ścisnęła nieco mocniej moją dłoń i oddaliła się.
"Witajcie ćwiczenia, tak bardzo tęskniłam" - pomyślałam sobie w duchu i zaśmiałam się.
Trzy godziny później siedziałam (w sumie jak cały czas) zadowolona przy Eryku i podziwiałam jak śpi. Zrobiłam mu kilka zdjęć i wysłałam do jego dziadków. Próbowałam jak najbardziej wykorzystać tę chwilę i cieszyć się nią, jednak w głębi i tak prześladowała mnie sprawa z sądem. Już na rehabilitacji dotarło do mnie, że to tak naprawdę moja wina. Jakby nie patrzeć to ja spowodowałam wypadek i to przeze mnie mój mąż ma problemy. Gdybym tylko bardziej uważała nic takiego nie miałoby miejsca. Moja głupota doprowadziła nas wszystkich do tego punktu.
- O czym myślisz kochanie? - zapytał cicho Piotr, zachodząc mnie od tyłu.
- O wszystkim i o niczym... - powiedziałam ogólnie.
- Przepraszam, że przerwałem, ale jeśli nadal chcesz być przy tej rozmowie to musimy już iść do gabinetu Trettera. Zaraz powinien być Falkowicz i zaczynamy.
- Jasne, już idę. - szybko pożegnałam się z synkiem i pozwoliłam mężu pchać mój wózek.
Gdy znaleźliśmy się na miejscu Andrzeja jeszcze nie było. Poświęciłam ten czas na przywitanie się z naszym dyrektorem i krótkiej rozmowie oczywiście o nikim innym, jak o Eryku. Tretter od razu powiedział, że także codziennie do niego zagląda. To było jak miód na moje serce.
- Mały ma normalnie więcej gości niż ja. - zaśmiałam się. - Z tego co mi wiadomo to odwiedza go z pół personelu.
- Prawda, jest naszym oczkiem w głowie. - zawtórował mi dyrektor. - Wczoraj nawet musiałem przegonić kilka pielęgniarek, bo niestety praca wzywała, a one tylko stały i wpatrywały się w tego małego bobasa.
Wszyscy troje zaczęliśmy się śmiać i dalej rozmawiać, kiedy drzwi gwałtownie się otworzyły.
- O, proszę, co tu tak wesoło? Coś mnie ominęło? - powiedział Falkowicz, który raczył zaszczycić nas swoją obecnością.
- Już wszyscy w komplecie, więc możemy od razu zaczynać. - dyrektor natychmiast spoważniał, a przyjemna aura całkowicie uleciała.


Zachęcam do komentowania! Jak myślicie co z tego wyniknie? Macie jakiś ciekawy pomysł? Może wykorzystam, śmiało piszcie!
PS: Nie przeraził was mój nowy avatar (czyt. ja)? haha

Gorąco pozdrawiam, Patrycja

czwartek, 13 sierpnia 2015

Opowiadanie 2. Część 19.

To nie był krzyk spowodowany nagłym bólem lub czymś podobnym. To było po prostu zaskoczenie, które już po chwili przemieniło się w bardzo pozytywne odczucia. Może los mimo wszystko wciąż stara się do mnie uśmiechnąć... przecież otaczam się tak wspaniałymi ludźmi.
Nie wiem, jakim cudem w tej stosunkowo małej sali zmieściło się tyle bliskich mi osób. Szpital przestał funkcjonować czy co? Naprawdę wszyscy mogli tu przyjść tylko ze względu na mnie?
Był Przemek z Tosią, którzy chyba jednak "pomylili" kierunki i nie znaleźli się w bufecie. Była Agata ze Szczepanem, Lena z Witkiem, Tretter, Wiktoria z Adamem i inne znajome twarze. Każdemu z osobna byłam ogromnie wdzięczna za wsparcie, jakiego mi udzielili przychodząc tutaj.
Wymieniliśmy słowa i czułości, ale nawet nie zdążyło minąć pięć minut, gdy ludzie się rozproszyli. Oczywiste, szpital wrócił do normalności. Ktoś przecież musiał pracować, kiedy Hanka sobie odpoczywa (tak, wiem, śmieszne xd).
Została z nami jedynie Lenka, która jako jedyna nie była w pracy i po prostu mogła sobie na to pozwolić oraz mój brat z Tosią. Chciałam wygadać się swojej przyjaciółce, bo naprawdę było mi to bardzo potrzebne. Piotr chyba i tym razem zrozumiał. Postanowił spędzić trochę czasu z córką, odciążając tym samym Przemka, który mógł już na spokojnie wrócić do domu, do swojej własnej córeczki i pięknej dziewczyny.
Rozmowa trwała w nieskończoność i na szczęście nikt nie zdołał nam przeszkodzić. Lenka została wtajemniczona w każdy szczegół, który sama pamiętałam i udzieliła mi przy tym wręcz niesamowitego wsparcia. Zapewniała, że dam radę i nogi ostatecznie wrócą do pierwotnego stanu. Jeszcze raz przybliżyła mi dawną sytuację Witka, aby uargumentować swoje przeczucia. Była taka pewna, że wyjdę z tego i nawet nie dopuszczała do siebie innej myśli. Szczerze mówiąc, zaczynała mnie zarażać tym optymizmem i chyba uwierzyłam w jej słowa. Sama przecież tyle przeszła, a po każdym trudzie stawała się jedynie coraz silniejsza. Dobrze jej to robiło, Chciałam też taka być i pierwszy raz byłam naprawdę pewna, że wygram tę walkę. Zaprę się w sobie i dam radę.
Nasze pogaduszki były całkowicie szczere i jakimś cudem zdołały porządnie wesprzeć mnie na duchu. Postanowiłam sobie już wcześniej, że tym razem się nie popłaczę, przecież nie mogłam tego ciągle robić i choć wytrwałam w moim postanowieniu, to na końcu byłam bardzo blisko przekroczenia wyznaczonej sobie granicy. Uściskałyśmy się przyjacielsko, a potem Lena musiała już uciekać do dziecka, które zostawiła u sąsiadów. Ja też teraz miałam moje dziecko, stuprocentową rodzinkę, wreszcie.

* * *

Minęło kilka dni, a wszystko jak dotąd pozostało niestety bez zmian. Nogi ani drgnęły, choć zaczęłam już spędzać kilka godzin dziennie na rehabilitacji ich. Muszę wyzdrowieć dla Piotra, Tosi i Eryka. 
- Hej kochanie! - Piotr przywitał mnie całusem w polik, kiedy wypowiadał te słowa. Zawsze najpierw wstępował do Eryka, a od razu potem do mnie.
- Stało się coś? - spojrzałam na niego poważnie. Niby wszystko było tak samo, ale jednak nie. Znałam go aż za dobrze i domyśliłam się po ruchach i gestykulacji, że jednak coś jest na rzeczy. Mimo, że tak nieudolnie próbował to przede mną zataić. 
- Co, skąd wiesz? - upewnił się, że nie zgniecie moich nóg i usiadł naprzeciwko mnie. 
- Po prostu wiem.. co jest? 
- Nie musimy o tym teraz rozmawiać, jest jeszcze czas. Muszę dokładniej omówić wszystko z Tretterem i Falkowiczem... - zaczął nieśmiało.
- Dlaczego niby z nimi? O co tu chodzi? - teraz już naprawdę zaczynałam się porządnie martwić. 
- Bo widzisz, Hana... ten facet, z którym miałaś wypadek..
- Proszę cię, nie przerywaj i przejdź do sedna. Chyba wiesz, jak się teraz denerwuje. 
- No dobrze, dobrze. - zrobił chwilową pauzę i zaczął mówić dalej. - na początku było okej i był jedynie na obserwacji. Już miał wychodzić, ale nagle jego stan mocno się pogorszył. Jego żona pozywa szpital... a właściwie nie szpital, mnie... za to, że nie udzieliłem mu pomocy.
- Ale przecież udzielałeś pomocy mi! Ja też byłam ranna i w dodatku w trzecim trymestrze ciąży! - krzyknęłam nerwowo i odruchowo zaczęłam go bronić. 
- No tak, masz pierwszeństwo, oczywiste. Tylko chodzi o to, że ja w ogóle się nim nie zainteresowałem, a jedynie skupiłem na tobie, a nie jestem jedynie twoim mężem, ale jestem też lekarzem, Hana. Powinienem był sprawdzić jego stan...
- Sam mówiłeś, że wydawał się tylko lekko poobijany. Poza tym jestem twoją żoną, wiadomo, że chciałeś ratować mnie. - wciąż ciągnęłam. 
- No właśnie.. zachowałem się nieprofesjonalnie... są na to świadkowie. Dostałem już pismo do sądu. Tretter na pewno też. Muszę z nim pogadać i pójdziemy do Falkowicza, może on coś załatwi.
- Nie mieści mi się w głowie.. jak ona mogła tak po prostu cię pozwać? - to wszystko chyba nie było na moje nerwy.
- Martwi się też o swojego męża, tak, jak ja o ciebie. A wiesz co jest najgorsze?
- Co? - zapytałam, chociaż bałam się odpowiedzi. 
- Że ona naprawdę może wygrać, a ja stracę kwalifikacje. Zwolnią mnie, Hana. Rozumiesz? - powiedział szybko, a ja zdusiłam w sobie jęk. Nie chciałam go jeszcze bardziej dołować, nie wiedziałam co mu odpowiedzieć. Mogłam go w nieskończoność pocieszać i bronić, ale oboje byliśmy całkowicie świadomi, że realnie słabo to wygląda. Nawet nie wiecie jak...


Uh, czy oni kiedyś nie będą mieli problemów? Nie, byłoby za nudno, a wy nie mielibyście co czytać ;))
Jak wam się podoba? Zachęcam do zostawienia opinii w komentarzach. 
PS: Odpowiada wam długość? <3

Pozdrawiam, Patrycja

wtorek, 4 sierpnia 2015

Opowiadanie 2. Część 18.

Chciałam jeszcze parę dobrych minut po prostu patrzeć i wszystko przetrawić. Jestem już prawdziwą mamą, muszę się zmierzyć z macierzyństwem, a do tego jeszcze miejmy nadzieję, że tylko tymczasowym kalectwem.
- Hana! - krzyknęła mała, choć na szczęście nie dała rady zbudzić żadnego z dzieciątek. Od razu zaczęła biec w naszym kierunku. Przemek nie pozostał jej dłużny i także kierował się ku nam, choć bez pośpiechu, zupełnie normalnym krokiem.
Po chwili, kiedy już cała nasza czwórka była przed salą zaczęliśmy rozmawiać. Wyjaśniliśmy dziewczynce pokrótce mój stan i staraliśmy się z cierpliwością odpowiadać na ogrom pytań, które skierowała w naszą stronę. Gdy Tośka już stwierdziła, że wszystko wie, Piotr z Przemkiem wymienili między sobą znaczące spojrzenie. Już minutę później mój brat zaproponował Antosi pyszny deser w bufecie i zaczęli się oddalać, pozostawiając tym samym mnie i mojego męża. Znowu byłam mu wdzięczna. Właściwie to non stop jestem mu wdzięczna.
Teraz wreszcie z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że nadeszła ta chwila. Nie wahałam się już ani chwili dłużej, nie chciałam ryzykować, że ktoś nas zaczepi, przeszkodzi nam w tak ważnym dla mnie momencie. Być może ruszyliśmy z piskiem opon w stronę synka to trochę dziwne określenie zważywszy na wszystko, ale właśnie tak to czułam.
Znalazłam się obok niego i od razu napłynęły mi łzy do oczu. To było morze łez, naprawdę ogromne. Nie kryłam żadnych emocji, dłużej nie mogłam. Chyba nigdy w życiu nie płakałam, tak, jak w tym momencie. Chciałam przestać i przyjrzeć mu się z bliska, ale przez ciągły płacz mój wzrok był zamazany. Próbowałam się pozbierać i już byłam całkiem blisko, ale wtedy zwróciłam się w kierunku partnera. Piotr płakał. Pierwszy raz widziałam, żeby płakał. On po prostu tego nie robi... Łzy z zupełnie nową mocą cisnęły się z moich oczu. Siedziałam na wózku przy moim synku i beczałam, jakbym sama była dzieckiem, któremu odbiera się ulubioną zabawkę, choć to i tak zupełnie nie wyraża tego, co czuję. Po prostu nie sposób wyrazić tego słowami. Byłam tak szczęśliwa, że jest zdrowy, żyje, że mam swojego pierworodnego.
Minuty mijały, a ja wciąż wyłam i nie mogłam uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Uczucia były bardziej intensywne i docierały do mnie szybciej niż się spodziewałam.
Nie ma co się łudzić, że ta chwila będzie mogła trwać wiecznie. Przez dużo ponad godzinę przebywaliśmy tam i wreszcie po wielu prośbach i zapewnieniach, że na pewno wszystko będzie dobrze, opuściliśmy salę. Tylko właśnie w tym był problem. Nie mogłam w nic takiego uwierzyć, bo żadne "na pewno" dla mnie nie istniało. Nic nie miało stuprocentowej pewności w moim życiu.
Piotr nalegał, abyśmy skoczyli do bufetu coś zjeść, ale ja w ogóle nie czułam głodu. Nie potrafiłabym się teraz zmusić do jedzenia czegokolwiek. Ostatecznie stanęło na moim i po prostu skierowaliśmy się na salę. Już bez pośpiechu, bo po co, gdzie i do kogo, a i tak z każdym krokiem oddalaliśmy się od naszego wielkiego szczęścia. Już za nim tęskniłam, a minęło tylko kilka minut.
Podczas jazdy nie zamieniliśmy żadnych słów. Zaczynałam się martwić, że przez to wszystko jedynie oddalimy się od siebie, a nie odwrotnie. Nie wiem... co zrobię, jeśli moje przeczucie się potwierdzi.
Wreszcie dotarliśmy na miejsce i wjechaliśmy na salę.
- Aaaaa! - od razu krzyknęłam.

Pozdrawiam, Patrycja

sobota, 25 lipca 2015

Opowiadanie 2. Część 17.

Właśnie wtedy zdałam sobie sprawę z bardzo istotnej rzeczy, którą do tej pory jakoś skutecznie, pochłonięta "ważniejszymi" sprawami, zdołałam wyprzeć... chociaż w sumie... walić to. Jakim cudem? Czemu? Dlaczego przeszłam koło tego mimochodem i nawet nie zapytałam? Serio, chyba jestem aż tak głupia, że sama do tej pory nie zwróciłabym na to najmniejszej uwagi, gdyby nie pytanie mojego męża. Zdaję sobie sprawę, że wcale nie musiał pytać, a jedynie chciał w jakiś sposób zacząć ten temat. To logiczne, że doskonale wiedział, iż paraliż zawładnął moimi nogami, przecież w innym razie nie skierowałby takiego zapytania w moją stronę.
Potrzebowałam sporej chwili, aby sobie to wszystko uświadomić i jakkolwiek poukładać w mojej głowie, chociaż nawet wtedy nie dałam mu jasnej odpowiedzi. Zakładam, że nawet na nią nie czekał, przecież wiedział.
- Jak? - po prostu rzuciłam jedno krótkie słowo, gdy on nie spuszczał ze mnie wzroku.
- Masz uszkodzony nerw w nodze odpowiedzialny za ich pracę. - wciąż intensywnie spoglądał w moim kierunku. - Nogach... - poprawił się po chwili jeszcze bardziej zmieszany.
- Ale w obu? Jak? - byłam bliska załamaniu. Poprawka. Załamana byłam od początku, ale jakoś starałam się dusić to w sobie. Byłam bliska całkowitemu rozsypaniu się.
- Niefortunnie wyszło. Miałaś je blisko siebie i podczas wypadku zostały przygniecione przez jakąś część samochodu, dodatkowo jeszcze napierały na siebie.
- Wyjdę z tego? - przestałam się cackać. Zapytałam wreszcie o coś, co w tej sytuacji było dla mnie najważniejsze i choć niezmiernie bałam się odpowiedzi to czekałam na nią, nie było innego wyjścia.
- Hana... - zaczął, a ja od razu zorientowałam się do czego zmierza.
- Piotr, tylko szczerze. Jestem twoją żoną, jestem lekarzem. - ha, jakby nie wiedział. - Bądź ze mną szczery.
- Więc w tym momencie jeszcze nic nie wiemy. Potrzeba trochę czasu, żeby zobaczyć czy te uszkodzenia są nieodwracalne, czy może wszystko wróci do normy. Musimy czekać. - ledwo zauważalnie przy tym drasnął mnie o nogi. Nie wiedział, że ja widziałam, ale niestety widziałam. Zapewne chciał zobaczyć czy może chociaż drgną, może cokolwiek. Nic, nie było żadnej reakcji...
- W takim razie czekajmy. - dodałam stanowczo, choć głos mi się łamał. - Zawieziesz mnie do mojego synka? - otarłam dwie łzy, które płynęły mi po policzku. Uświadomiłam sobie, że miałam cesarskie cięcie, byłam nieprzytomna, co znaczy, że jeszcze ani razu go nie widziałam. Trzeba to szybko zmienić. Już nie mogę się doczekać, aby ujrzeć nasze małe, wielkie szczęście.
Pielęgniarka, która przywędrowała minutę później do sali chciała pomóc mi wejść na wózek i prowadzić go, jednak Piotr uznał to za zupełnie zbędne i w miły sposób odprawił ją. Stwierdził, że sam sobie w zupełności poradzi i nie są mu potrzebne jeszcze dodatkowo osoby trzecie.
Starałam się z całej siły i prawie samodzielnie zdołałam usadowić się na wózku, prawie... Następnie Piotr stanął za mną i sprzętem i zaczęliśmy jechać. Wiedziałam, że już lada chwila nastąpi to spotkanie i chociaż w tym momencie złe uczucia odstąpiły miejsca rym dobrym. Dziękowałam za to i w myślach prosiłam, aby ta chwila trwała jak najdłużej. Nie chciałam znowu wracać do szarej rzeczywistości i walczyć o to, czy będę mogła jeszcze chodzić.
Znaleźliśmy się przed salą, gdzie leżały dzieciaki, jednak nie wjechaliśmy od razu. Właściwie poprosiłam Piotra, abyśmy chwilę zostali i popatrzyli na ten widok.
W środku przy naszym małym chłopczyku był Przemek, który pod swoim ramieniem trzymał Tosię. Oboje szeroko się uśmiechali i wpatrywali w szybę, za którą grzecznie spał Eryk.
- Specjalnie poprosił Olę, żeby ktoś ją zastąpił i poszła do domu zająć się Franią, żeby mógł przyjechać tu z Tosią. - powiedział do mnie Piotr, kiedy również się w nich wpatrywał.
- Co?
- No tak, bo wiesz, ona też widziała ten wypadek. Bardzo się bała i robiła ciągle histerię, że chce tu przyjść. Jeszcze, kiedy dowiedziała się, że ma już brata to już w ogóle wpadła w szał. Przemo wreszcie uległ i poprosił Olę, która oczywiście się zgodziła. Jeszcze wcześniej dla pewności zadzwonił do mnie. No powiem ci, że ten chłopak robi na mnie coraz lepsze wrażenie. - dodał i pochylił się, żeby pocałować mnie w czoło.
- Bo to mój brat. - cicho odparłam, chociaż wiedziałam, że Piotrek słyszał.
Byłam dumna z Przemka, że mam takiego wspaniałomyślnego i pomocnego brata. Byłam dumna z Piotra, że mam takiego idealnego i kochającego męża. Byłam dumna z Tosi, że mam taką dorosłą i pewną siebie małą dziewczynkę. Najbardziej jednak byłam dumna z Eryka, że mimo wszystko dał radę, przetrwał i dzięki jego walce, mogę mieć takiego synka.


Ciąg dalszy problemów z internetem, ale na szczęście na tym już koniec i wszystko wraca do normy, chociaż oczywiście jeszcze raz przepraszam, że tyle musieliście czekać.
Jak wam się podoba? Dobrze mi idzie? Zachęcam do dzielenia się waszą opinią ze mną w komentarzu. Dla was kilka kliknięć, a dla mnie mega kop do dalszej pracy.

Pozdrawiam, Patrycja

niedziela, 12 lipca 2015

Opowiadanie 2. Część 16.

Nie miałam szans w starciu z tym gigantem. Nadawałby się prędzej na ring bokserski niż pracę na oddziale w szpitalu. Kim jest ten człowiek?
Po dosłownie już kilku sekundach w pełni zorientowałam się, że moja walka z nim jest całkowicie bezsensowna i z góry skazana na porażkę. Odpuściłam wreszcie i przestałam się wyrywać. Wsunęłam się potulnie w głąb wózka i skończyłam wiercić. Wiedziałam, że teraz jego ruch i oczekiwałam go. Moje wszystkie zmysły były wyostrzone i gotowe, niezależnie od tego, co mnie czeka.
Mężczyzna na migi pokazał mi, że mam zostać w miejscu i się nie ruszać, albo stanie się coś złego. Od razu zrozumiałam i wiedziałam już, że na pewno nie będę próbować żadnych sztuczek. On również był tego świadomy. Zdawałam sobie sprawę, że nie zaryzykuje. Byłam zbyt przerażona. Paraliż ogarnął moje ciało, nie ruszałam się nawet o milimetr, a oddychałam tak płytko, na ile to tylko możliwe. Dlaczego nie powiedział jeszcze ani słowa? Nie chce zdradzać głosu czy może ma inne powody?
Bezszelestnie oddalił się ode mnie i wszedł do sali, gdzie leżały wcześniaki w inkubatorach, a ja w
myślach jedynie modliłam się, żeby wszystko z synkiem było w porządku. Przeleciałam wzrokiem po rządkach sprzętu i naklejkach na nich umieszczonych. Nigdzie nie było napisu: Eryk Gawryło...
Wtem mój wzrok powędrował znów do rosłego mężczyzny, który skierował się na sam tył sali. Było tam coś zasłoniętego ogromnym kocem. Upewnił się, że patrzę i jednym ruchem zrzucił ową zasłonę. Krzyczałam w niebo głosy.
- Coś ty mu zrobił?! - wrzeszczałam ciągle, a choć on znów zasłonił przykryciem ciało, to w mojej głowie wciąż odtwarzał się jeden obraz.
Przed dzieckiem była ogromna plakietka, a na nim jego dane, dane naszego synka. Wszystko super tylko chłopiec był położony na wznak, bez rączek, bez nóżek, które leżały bezwładnie zupełnie obok. Sam tułów mojego pierworodnego. Te niewinne, umarłe spojrzenie...
Do końca życia nie wyprę tego obrazu z mojej pamięci. Do końca mojego życia będzie mnie prześladować...
 
* * *
 

Otworzyłam oczy i natychmiast poczułam własny pot, który obiegł całe moje ciało. Pochłaniałam oddechy bardzo łapczywie i szybko, jakby w każdej chwili mogłoby mi ich zabraknąć. Gdy tylko zamknęłam kilka razy oczy, aby mrugnąć, wciąż widziałam ten okropny widok. Najgorsze było jednak to, że  nie wiem czy to tylko sen... To zdarzyło się naprawdę czy nie?
Byłam coraz bardziej przekonana, że sobie tego nie wyśniłam. Nie byłam w ciąży, paraliż ogarnął moje nogi, wszystko się zgadzało...
Moje koszmary przerwał dopiero po chwili wchodzący do sali Piotr. Natychmiast się rozpłakałam, a kiedy tylko podszedł bliżej rzuciłam mu na szyję. Teraz już wiedziałam - to tylko cholerny koszmar, w którym nikt nie wydusił do mnie nawet słowa.
Tkwiliśmy tak w uścisku dłuższą chwilę. Musiałam się pozbierać i wciąż utwierdzać na nowo w przekonaniu, że to był tylko sen, chociaż wiedziałam, że niestety na długo nie wyprę go z pamięci.
- Co z dzieckiem? - oprzytomniałam po chwili i kiedy wróciłam do rzeczywistości od razu zadałam pytanie.
- Było źle, Hana. - wybąkał. - W sumie nadal nie jest za dobrze. Leży w inkubatorze. Całe szczęście chyba nie ma żadnych obrażeń związanych z wypadkiem, chociaż wciąż sprawdzają.
- Nic mu nie jest? Naprawdę?
- Oby, pielęgniarki mówią za to, że jest bardzo głośny, więc nie będziemy mieli lekko. - próbował poprawić mi humor i delikatnie zmienić temat. Chyba jednak nie jest do końca w porządku.
- Kiedy wracamy do domu? - chciałam jak najszybciej znaleźć się w naszych czterech ścianach i cieszyć powiększoną rodziną oraz przede wszystkim, jak najszybciej wyprzeć z pamięci te przykre w skutkach zdarzenia.
- Mały będzie musiał jeszcze trochę tu zostać, ale o niego się nie martw. Gorzej z tobą... - wybąknął ledwo słyszalnie.
- Co? - całą uwagę do tej pory skupiłam na dziecku.
- Hana, czujesz nogi? - zapytał, a mnie znowu ogarnęło to wstrętne uczucie, które wróciło z podwojoną mocą - przerażenie...


I jak? Zachęcam do komentowania i śledzenia dalszych losów mojego opowiadania. Mam nadzieję, że wam się podoba i wywiera na was chociaż jakiś dreszczyk emocji.

Pozdrawiam, Patrycja

wtorek, 30 czerwca 2015

Opowiadanie 2. Część 15.

Byłam podłączona do różnego rodzaju sprzętów, a do moich żył dostawała się kroplówka, chociaż szczerze - kompletnie mnie to nie obchodziło. Jedyną myślą w mojej głowie był teraz Eryk. Swoim stanem nie przejmowałam się kompletnie. Uważam, że w tej sytuacji odgrywał on całkowicie drugorzędną rolę, co było uzasadnione. Najgorsze było jednak to, że wciąż go nie czułam, a jako ginekolog doskonale wiedziałam, co to oznacza. Przypuszczam, iż nawet bez mojej kwalifikacji mogłabym się tego domyśleć. Nie jestem nawet w stanie opisać uczuć, które towarzyszyły mi, kiedy dotknęłam mojego brzucha. Nie byłam już w ciąży. Ogarnęło mnie przerażenie, którego nie zdoła pochwycić jakakolwiek skala na świecie. Powinnam być jeszcze w ciąży, przecież powinnam...
Wszystko mnie boli, nie mogę wytrzymać i nie mogę już nawet myśleć o moim synku, moim małym Eryczku. Ała, stop, proszę. Chcę o nim myśleć. To jedyne, co mnie tu trzyma.
- Piotr... - mamrocze, chociaż jestem w pełni świadoma, że w tym momencie znajduję się sama w sali. Wiem, że on mnie nie słyszy, że nikt mnie nie usłyszy. Ktoś tu musi jednak przyjść. Potrzebuję czegoś na ból, nie mam już siły, natychmiast! Byle coś mocnego! Czemu akurat ja? Niech to się już skończy. Długo tak nie pociągnę. Prędko!
Zdążyłam szybko wcisnąć przycisk przyłączony do łóżka każdego pacjenta w razie potrzeby i odpłynęłam. Nie chciałam tego. Chciałam wstać i biec do przodu, do Piotra i Eryka, gdziekolwiek oni są. Pragnienie było jednak silniejsze. W jednej chwili pochłonęła mnie czarna dziura. Za żadne skarby świata nie chciała puścić, a naprawdę bardzo mocno starałam się od niej oderwać.
Straciłam przytomność. Urwał mi się film.
Ktoś lekko ciągnął moją koszulkę, kiedy wyrwałam się z trwającego transu. Zostałam brutalnie przeniesiona na fotel i bez słowa ruszyłam z lekarzem na przód. Nie znałam go, a to było raczej niemożliwe. Nie wiem, kim był, nie przedstawił się, a jedynie pchał wózek coraz szybciej. Chciałam nawiązać rozmowę, dowiedzieć się chociaż dokąd zmierzamy, jednak w żadnym stopniu nie reagował na moje prośby. Po prostu uśmiechał się trochę głupawo i dziwnie, bardzo dziwnie...
Jakiś czas później wreszcie się zatrzymaliśmy. Odetchnęłam trochę, ponieważ myślałam już, że zostanę wywieziona poza teren szpitala. Najgorsze było to, że ludzie w szpitalu pracowali jak dotychczas i nikt nawet nie próbował nas zatrzymać, nikt nie zwracał na nic uwagi. W tłumie wciąż starałam się wypatrzeć Piotra, jednak jak dotychczas - nigdzie go nie było.
Moją uwagę przykuło miejsce, przy którym mężczyzna gwałtownie zahamował wózek. Przejechaliśmy cały szpital, żeby znowu znaleźć się na oddziale ginekologicznym, z którego zaczynaliśmy naszą wędrówkę. Nie była to jednak moja wcześniejsza sala. Z trwogą zwróciłam się w kierunku szyby.
- Gdzie on jest?! - wykrzyczałam najgłośniej jak potrafiłam i natychmiast wpadłam w histerię. Chciałam wstać, ale ten przeklęty kolos mnie przytrzymał. Próbowałam się wyrywać...


Co o tym myślicie? Oczywiście standardowo zachęcam do komentowania i nabijania wyświetleń. Każde wasze zdanie ma dla mnie ogromne znaczenie.
Odnośnie długości to zdaje sobie sprawę, że jest trochę krótko, ale chcę podzielić to na kilka części. Poza tym jestem chwilowo na tygodniowym wypadzie nad morze także próbuję odpocząć.
Pozdrawiam serdecznie,
Patrycja