czwartek, 5 marca 2015

Opowiadanie 2. Część 10.

"Mijały dni, tygodnie i miesiące... właśnie, dzisiaj mijają równo cztery miesiące od momentu, kiedy Tosia jest z nami. Sporo się zmieniło przez ten czas, to dobre zmiany.
Po miesiącu pobytu dziewczynki u nas zdałam sobie tak naprawdę sprawę, jak bardzo pragnę mieć własne dziecko. Byliśmy jej rodzicami dwadzieścia cztery godziny na dobę i było nam z tym dobrze. Znaczy, z początku trudno było się przyzwyczaić do całej sytuacji, ale to dlatego, że była ona po prostu nowa i dotąd nieznana. Kiedy już się wdrożyliśmy, stało się to czymś, na zasadzie zwykłej rutyny i codzienności. Tosia co jakiś czas wciąż pytała o mamę, ale wytłumaczyliśmy jej, że musiała wyjechać. Małej zdarzyło się nawet kilka razy użyć słowa "mama" względem mnie. Czułam się wtedy wyjątkowa, jak jej prawdziwa mama, która troszczy się o nią najlepiej, jak tylko umie. Właśnie wtedy to się stało, stwierdziłam, że nie mogę już dłużej czekać i nie chcę, podjęłam intensywną kurację, która miała znacząco zwiększyć moje szanse na zajście w ciąże. Oboje z Piotrem bardzo tego chcieliśmy, dlatego wiadomość, którą otrzymaliśmy miesiąc temu rozradowała nas, jak nigdy w życiu. Tak, jestem w ciąży i tak, właśnie spełnia się moje największe marzenie. Dziecko ma dopiero dwa miesiące, a ja nie ukrywam, że już często zdarzają mi się wahania nastroju czy mdłości. O tym jednak nie myślę. Jestem w ciąży, będziemy mieli nasze dziecko - musiałam napisać to drugi raz. Oprócz tego wciąż mamy małą Tosię, która jest niesamowitym dzieckiem. Tylko jedna rzecz wciąż pozostaje niezmienna... Magda wciąż jest w śpiączce, a ja zaczynam się zastanawiać, jak długo to jeszcze potrwa i czy ona kiedykolwiek się obudzi..." - Hana właśnie skończyła pisać pierwszy wpis w swoim dzienniku. Postanowiła go prowadzić i mieć pamiątkę, przeczytać za jakiś czas. Piotr też był przychylny do tego pomysłu.
- Ma... ciociu! - wykrzyknęła dziewczynka, która w oka mgnieniu wparowała do salonu i wpędziła mnie w strach.
- Bu, mała złośnico! - wykrzyknął Piotr i chwycił ją od tyłu zanim mała zdążyła się na mnie rzucić. Nie wiem skąd on się tam wziął, ale wystraszył mnie równie mocno, jak ona. Oczywiście, nie chciałam dać mu tej satysfakcji i jakoś to ukryłam, ha, cała ja.
- Widać, że córeczka wdała się po swoim tatusiu. - odparłam, spoglądając na nich i śmiejąc się. Oni zawtórowali mojej reakcji.
- Tosiu, pamiętasz o czym rozmawialiśmy ostatnio? - zapytał jak zawsze spokojnym i opanowanym głosem Piotr. No dobrze, może nie tak zawsze, ale często.
- Nie mam skakać, bo ciocia będzie miała dzidzie! - znów radośnie wykrzyknęła.
- Tatuś też będzie miał dzidzie. - dopowiedziałam.
- Ale ty już jesteś moim tatą. - zwróciła się w jego stronę nagle posmutniała dziewczynka. Zrobiło mi się jej bardzo żal, bo wyglądała na poruszoną moim słowami. Poza tym nie widziała swojej mamy od czterech miesięcy i myśli, że zostanie zepchnięta w kąt przez przyszłego bobasa.
- Hej, spójrz na mnie. - odparł Piotr i klęknął tak, aby mieć z nią kontakt wzrokowy. - Zawsze będę twoim tatą, okej? Po prostu będziesz miała rodzeństwo. Ktoś już niedługo będzie się z tobą bawił. - próbował zachęcić ją Piotr. - Rozumiesz? - chciał również upewnić się, że mała już dobrze orientowała się w całej sytuacji.
- Dobrze, tato. - uśmiechnęła się mała blondynka. Była naprawdę urocza.
- Leć się baw, a zaraz idziemy na spacer. - spojrzałam w jej kierunku i powiedziała. Postanowiłam spędzać z nią każdą chwilę na czymś radosnym i zajmującym, aby nie myślała o swojej mamie i skupiła się na tym, że dobrze się bawi.
- Jej! - tylko krzyknęła i nawet się nie zorientowałam, kiedy zdążyła zniknąć z tego pomieszczenia.
- A u ciebie wszystko okej? - zapytał.. Widać było, że odzywa się w nim teraz "ojcowski Piotruś". Kochałam te sformułowanie.
- Haha, ojcowski...
- Piotruś, tak wiem. Bardzo śmieszne, żono. - odparł prychając, a ja ledwo mogłam powstrzymać moje drgające usta przed śmiechem. - A serio jak tam?
- Wszystko okej. Gawryłciątko na razie nie sprawia żadnych kłopotów. - tak też często mówiłam.
- Hana, ile ty myślisz nad takimi słowami? - zapytał przez śmiech. Oboje się zresztą roześmialiśmy, bo nie ukrywajmy, ale to naprawdę jest bardzo zabawne.
- A byś się zdziwił. - odpowiedziałam tajemniczo. - A teraz panie doktorze czas spożytkować dobrze nasz urlop i wyjść na rodzinny spacer. Co ty na to?
- Jeszcze pytasz? - przeciągał się. - Tosia, już wychodzimy! - krzyknął do córki.


Jakie wrażenie wywarła na was ta część? Chyba w nocy mam najlepszą wenę twórczą, bo mi osobiście się podoba (skromna ja). Komentujcie, komentujcie!

czwartek, 26 lutego 2015

Opowiadanie 2. Część 9.

Budzik zadzwonił parę minut przed piątą, był bardzo głośny.
Zerwałam się z łóżka w mgnieniu oka i natychmiast go wyłączyłam. Tak bardzo nie chciałam obudzić Piotra i Tosi. Na szczęście udało mi się to.
Zachowywałam się najciszej jak tylko potrafię chodząc po całym domu. Nie chciałam także robić zamieszania, dlatego odpuściłam sobie śniadanie. Zawsze mogę zjeść coś dobrego w bufecie.
Niespełna pół godziny później znalazłam się już na swoim oddziale. Dobrze, że przyjechałam trochę szybciej i miałam jeszcze czas, ponieważ dzięki temu mogłam zajrzeć do Magdy.
Siedząc przy niej sprawdzałam i analizowałam wyniki badań, które zdążyły mnie ominąć. Było tego całkiem sporo, dużo więcej niż się spodziewałam. Nie zmienia to jednak faktu, że w dalszym momencie jest źle.
- Hej, Hana. - moje przemyślenia przerwał Radwan. - Szukałem cię.
- Przepraszam Krzysztof. - powiedziałam od razu, kiedy spojrzałam na mój zegarek. - Trochę się tu zasiedziałam...
- Spokojnie, nic się nie stało. - odparł i podszedł bliżej. - Dlaczego właściwie tutaj jesteś? - wiedział, że to z całą pewnością nie moja działka.
- To mama córki Piotra. - odpowiedziałam mu, chociaż sama nie wiedziałam po co tak naprawdę to robię. Chyba nie chciałam zagłębiać go w te wszystkie szczegóły.
- O, nie wiedziałem, że Piotr ma dziecko... - bardzo się zdziwił.
- Tak, pięcioletnie. - stwierdziłam, że nie będę już dalej o tym mówić. - To dlaczego mnie szukałeś? - przeszłam szybko do kolejnej sprawy.
- A, bo chodzi o tą pacjentkę z czwórki. - zaczął mi wszystko dokładnie omawiać. Razem wyszliśmy z sali i udaliśmy się na oddział ginekologiczny.
Godziny mijały mi całkiem sprawnie i szybko się ze wszystkim uwijałam. W przerwach zaglądałam do sali Magdy i rozmawiałam na jej temat z Witkiem lub Agatą, którzy wspólnie nad nią czuwali. Zdążyłam nawet zjeść bardzo odżywczy posiłek u pani Marii.
Wracałam właśnie z bufetu, ponieważ zostałam zawołana do zbliżającego się porodu. Podobno wszystko zaczęło się bez komplikacji więc raczej niczym się nie martwiłam. Kierując się przez hol zobaczyłam jednak Piotra. Od razu do niego podeszłam.
- Co ty tutaj robisz tak wcześnie? - pocałowałam go i natychmiast zapytałam.
- Postanowiłem sprawdzić co u niej.
- Przecież umówiliśmy się, że będę do niej zaglądać i robię to. Poza tym ma tu najlepszą opiekę, a twój dyżur zaczyna się dopiero za hm... trzy godziny?
- Trzy i pół. - odpowiedział mi.
- No właśnie! - odkrzyknęłam zrezygnowana, ponieważ wiedziałam, że to bezskuteczne. Znałam go, i tak zrobi to, co będzie chciał i uważał za słuszne. Taki już jest po prostu Piotr. - Zrobiłeś chociaż wszystko co miałeś? - zapytałam niepewnie.
- Hana, dlaczego ty traktujesz mnie jak dziecko? Przecież...
- Martwię się i tyle. - wtrąciłam mu. Nie chciałam, żeby tak postrzegał tą sytuację.
- Wszystko zrobiłem. Pojechałem razem z Tosią po wszystko, przyszykowałem ją i odstawiłem do przedszkola. Wytłumaczyłem też wszystko jej nauczycielce, żeby była poinformowana w razie potrzeby. Posprzątałem jeszcze trochę u nas i zrobiłem zakupy.
- To świetnie. - byłam pełna uznania. Tak szczerze nie sądziłam, że wywiąże się on ze wszystkiego, a nawet jeżeli już to na pewno nie w tak szybkim tempie.
 - I teraz będziesz siedział u niej te trzy i pół godziny? - zabrzmiało to trochę jakbym była o nią zazdrosna...
- Nie, oczywiście, że nie. Zorientuję się trochę, a potem może pokręcę po szpitalu i spróbuję porwać się na obiad czy coś.
- Przykro mi, ale właśnie wracam z bufetu. - uśmiechnęłam się.
- Wymyślę coś. - puścił mi oczko. Wyglądał tak komicznie, kiedy to robił.
- Mam nadzieję, ale teraz muszę już serio iść, bo wyjdzie na to, że nie przydam się na nic mojej rodzącej pacjentce.
- Jasne, leć. - odparł, pocałował mnie i oddalił się w stronę Magdy. A ja, no cóż, udałam się na witanie nowego życia.


Mam nadzieję, że wam się podobało i liczę na komentarze z waszej strony. Tym bardziej, że ostatnio trochę brak mi motywacji i się rozleniwiłam, więc zachęcam.
Myślicie, że fajnie byłoby, gdybym czasem też pisała z punktu widzenia Piotra czy mam się cały czas trzymać Hany?

czwartek, 19 lutego 2015

Opowiadanie 2. Część 8.

Wszystko potem stało się tak błyskawicznie. Kompletnie nie wiedziałam co robić, byłam spanikowana. Piotrem także w głównej mierze kierowały nerwy. Dobrze, że byli tam chociaż nasi przyjaciele i bardzo dobrzy lekarze, którzy jakimś cudem zdołali podtrzymać jej życie. Było to prawie niemożliwe, ale udało się.
Teraz jest w śpiączce.
- I co niby teraz macie zamiar zrobić? Przecież ona się nie obudzi! - mój mąż był zdenerwowany. Sam nie wiedział co mówi.
- Sam wiesz, że to było jedyne wyjście! - zezłościła się na niego Agata.
- No chyba, że wolałbyś widzieć ją martwą, a zgaduję, że nie. - odparował wychodzący Witek. - Będzie dobrze. - zdążył jeszcze poklepać go po plecach.
- I co teraz planujecie? - postanowiłam sama przejąć dowodzenie nad tą sytuacją, ponieważ zaczęłam zauważać, że wymyka się ona spod kontroli. Złapałam także Piotra za rękę i mocno ją ścisnęłam. Chciałam dodać mu w jakiś sposób otuchy. Widziałam, jak bardzo to wszystko jest dla niego trudne.
- Będziemy podawać leki, które stopniowo polepszą jej stan. Może zająć to trochę czasu, ale kiedy będzie już stabilna spróbujemy ją wybudzić.
Rozmawialiśmy jeszcze z piętnaście minut, ponieważ potem obowiązki wzywały Agatę. Zdążyła nam ona pokazać całą dokumentację Magdy i powiedzieć wszystko, co sama wiedziała. W sumie nie dowiedzieliśmy się za dużo nowego, ale jednak zawsze coś. Byliśmy jej za to wdzięczni.
- Piotr... - odczekałam chwilę. Chciałam kontynuować dopiero, kiedy na mnie spojrzy. - Wracajmy do domu. Wiesz, że nic już teraz nie możesz poradzić. Mam jutro rano dyżur, więc sprawdzę co u niej. - także przejmowałam się stanem Magdy, ale byłam wykończona. Poza tym myślałam również o Tosi i chciałam przypomnieć o niej Piotrowi. - Tosia pewnie zaczyna się martwić. Musimy do niej wrócić. Jutro też trzeba będzie pojechać do Magdy i wziąć najpotrzebniejsze rzeczy małej, bo teraz na jakiś czas będzie z nami. - było to dla mnie oczywiste.
- Tak, tak... w sumie to prawda. - zaczął analizować moje słowa. - Ale przyjadę rano z tobą i razem sprawdzimy co u niej.
- Nie, nie możesz. Masz na późniejszą godzinę i bardzo dobrze się składa, bo cały czas o kimś zapominasz. Ktoś będzie musiał przecież pojechać po rzeczy małej i przede wszystkim zawieść ją do przedszkola. - odparłam stanowczo.
- Tak, znowu prawda. - odparł. Był naprawdę bardzo zamyślony. - wstał i udaliśmy się wspólnie na parking.
- Pozwolisz, że ja poprowadzę. - odparłam i skierowałam się w stronę miejsca kierowcy, kiedy już widziałam nasz samochód.
Nie protestował, był za bardzo pogrążony w swoich myślach.
Postanowiliśmy jednak odebrać małą. Chcieliśmy ją mieć przy sobie, a poza tym mogła bać się zostać na noc u mojego brata. Mimo, że znała go już wcześniej to wciąż miała jedynie pięć lat i z pewnością czuła się niepewnie.
Godzinę później cała nasza trójka była już w mieszkaniu.
Ja byłam padnięta, jakaś osłabiona. Cała ta sytuacja mnie wykończyła. Myślałam tylko o łóżku i tym, aby jak najszybciej się tam znaleźć. Wydaję mi się, że Piotr miał podobne zdanie i zgadzał się ze mną. Niestety Tosia aż tryskała energią. W sumie miała dzisiaj całkiem sporo drzemek i myślała tylko o zabawie. Nie chciała  z nami współpracować.
- Musisz wstać wcześniej, idź spać. Ja się nią zajmę. - odparł Piotr. - I tak już dzisiaj bardzo mi pomogłaś.
- Dacie sobie radę? - spojrzałam na nich, miałam wątpliwości.
- Pewnie. - odparli jednogłośnie. - Zmęczę ją trochę i mam nadzieję, że zaśnie. - odparł już ciszej, tylko do mnie.
- Dobrze,  w takim razie do jutra. - powiedziałam, kiedy pożegnałam się już z nimi.
- Śpij dobrze, kochanie. - odparł mój mężczyzna jeszcze zanim zdążyłam zamknąć za sobą drzwi do sypialni.


Jak myślicie, co dalej będzie z Magdą? Może nawet podeślecie mi ciekawe pomysły pod postem. Zapraszam więc do komentowania! Daje mi to porządnego kopa. :)

czwartek, 12 lutego 2015

Opowiadanie 2. Część 7.

Minęło kilka chwil, a ja już wysiadałam z samochodu i kierowałam się w stronę wejścia do budynku. Nawet nie wiem jakim cudem znalazłam się tu tak szybko.
- I co z nią? - już po pięciu minutach od mojego przybycia do szpitala powiedziałam do Piotra. Doskonale wiedziałam, gdzie mam się kierować, aby go znaleźć, więc i to poszło mi naprawdę sprawnie. 
- Co ty tutaj robisz? Tylko nie mów, że przyjechałaś z Tosią. - przeraził się. 
- Oczywiście, że nie. Zostawiłam ją z Przemkiem.
- Jej stan jest krytyczny. - kiedy dowiedział się z małą postanowił od razu przejść do rzeczy. Był bezpośredni i to w nim lubiłam. - Najbliższe doby będą decydujące. 
- Nie myślałam, że jest z nią aż tak źle. - złapałam się za głowę. - Ale co się właściwie stało?
- Sam do końca nie wiem. Powiedzieli mi tylko, że miała wypadek i to bardzo poważny jak widać. Mówili, że jej samochód nadaje się już tylko na złom.
- No, a co z osobą, z którą się zderzyła? - wszystko pomału zaczęło do mnie docierać. 
- Zabrali go do innego szpitala, ale ratownicy mówili, że jego samochód był  dużo większy i bardziej go ochronił. Jego stan nie jest poważny.
Wymieniliśmy między sobą jeszcze trochę zdań. Obgadaliśmy również to, co powiemy Tosi. Jej mama nie mogła przecież tak po prostu zniknąć, mała z pewnością będzie o nią pytać. 
Potem nie mieliśmy już czasu na rozmowę. Przyglądaliśmy się Magdzie z za szyby. Latoszek dokładnie oceniał jej stan zdrowia i razem z Agatą szybko podejmowali decyzje. Zlecali najpotrzebniejsze badania.
Pół godziny później mama małej Antoniny była już podłączona pod cały sprzęt. Nie mogła nawet samodzielnie oddychać. Jej stan był naprawdę ciężki. Patrząc na nią zastanawiałam się czy z tego wyjdzie i jak długo to potrwa, a przede wszystkim co teraz. 
- Halo? - moim rozmyśleniom przeszkodził telefon. 
- Hej. - odezwał się Przemo. 
- Coś się stało? - od razu zaczęłam się denerwować. Bałam się, że coś z Tosią. Widziałam tylko same czarne scenariusze, ale to przez obecną sytuację. Nie ma chyba zresztą się czemu dziwić. 
- Nie, spokojnie, wszystko gra. Mała zdążyła się już obudzić i pytała o was, ale powiedziałem, że musiałaś jechać i wrócisz. Spokojnie, nie pisnąłem słówka o Magdzie. 
- Dzięki Bogu. - odetchnęłam. Byłoby źle, gdyby pięciolatka dowiedziała się o tym w taki sposób. 
- No... i dzwoniła do mnie Ola. Została pilnie wezwana do szpitala i muszę wracać do Frani. Wezmę po prostu młodą ze sobą i chyba już zostanie u nas na noc, bo bezsensu po nocach ją potem ciągać, a już późno. Nie przeszkadza ci to?
- Jasne, że nie. W sumie to bardzo dobry pomysł. Dziękuję.
- Jestem przecież twoim bratem, nie ma za co. - odparł łagodnie do słuchawki. - A tak w ogóle to co z nią?
- Nie jest najlepiej, a szczerze? Chyba nawet bardzo źle. Jest cała połamana, liczne urazy wewnętrzne, nie oddycha samodzielnie... - zaczęłam wymieniać. - Najbliższe doby będą decydujące. - powtórzyłam zdanie, które wcześniej wypowiedział mój mąż.
- To naprawdę poważna sprawa. Nie martw się, będzie okej. - próbował chyba mnie trochę podnieść na duchu, ale ja naprawdę byłam na to zbyt przybita. - Dobra, ale teraz już naprawdę muszę iść, bo Ola za mną czeka. 
- Pewnie, leć. Dziękuję. - odparłam znowu. 
- Już to mówiłaś. Poza tym nie musisz mi ciągle dziękować. 
- Ale chcę.- odparłam i odczekałam chwilę. To był już koniec rozmowy. Upewniłam się, że Przemo zakończył połączenie, zablokowałam telefon i pośpiesznie schowałam go do mojej torebki.
Kolejne dwie godziny spędziliśmy na korytarzu. Nie pozwolili nam nawet do niej wejść i kategorycznie tego zabraniali. Cały czas przy niej czuwali i podłączali coraz to nowe rzeczy. My po protu patrzyliśmy się siedząc jednocześnie na tych niewygodnych krzesłach. W tym momencie czułam się chyba pierwszy raz naprawdę jak pacjent (a raczej jego rodzina), a nie lekarz, który pracuje w tym szpitalu. Nie było to za przyjemne uczucie zarówno dla mnie, jak i mojego męża, ale nic nie mogliśmy na to poradzić. Byliśmy bezradni.
Nagle jej stan drastycznie się pogorszył. Lekarze natychmiast zauważyli tą zmianę i zaczęli ją reanimować. Ja i Piotr od razu wbiegliśmy na salę. Nie mogliśmy przecież po prostu się przyglądać i udawać jakby nigdy nic. 
- Piotr, Hana, nie teraz! Wyjdźcie! - krzyknęła Agata, podbiegając od drugiej strony do Witka, który już zaczął akcję reanimacyjną. 
- Zróbcie coś! - krzyczał przerażony Piotr podbiegając do łóżka. Uczyniłam zresztą to samo.


Opowiadanie trochę dłuższe, wzięłam pod uwagę wasze komentarze. W następnym tygodniu zaczynam ferie, więc może pojawi się coś więcej, ale nic nie obiecuje. 
Mam nadzieję, że wam się podobało, a zakończenie w odpowiednim momencie z pewnością skłoni was do dalszego czytania. 
Wyrażajcie swoją opinię, biorę wasze słowa pod uwagę i staram się poprawić. Komentujcie! :)

czwartek, 5 lutego 2015

Opowiadanie 2. Część 6.

Całą drogę powrotną próbowałam dodzwonić się do Piotra i nic z tego nie wynikło. Najprawdopodobniej był zbyt zajęty i po prostu wyłączył telefon całkiem nie myśląc o tym, jak ja muszę się martwić.
Musiałam dowiedzieć się o co chodzi i jak trudna jest sytuacja Magdy.
- Hej, brat. - wybrałam numer Przemka, gdy zostało jeszcze dziesięć minut drogi do domu. - Wiem, że nie wypada tak dzwonić, ale czy mógłbyś przyjechać? Teraz?
- Hana, ale co się stało? - zdenerwował się.
- Nie mogę mówić przy dziecku. Bądź jak najszybciej. Kocham cię. - powiedziałam i od razu się rozłączyłam. Musiałam przestać i skupić się wreszcie na prowadzeniu pojazdu. Jeszcze tylko tego by brakowało, żeby nam coś się stało.
- Przy jakim dziecku?! - wykrzyczał Przemo, który ubierał już buty, ale rozmowa dawno została zakończona i nie uzyskał odpowiedzi.
Byłyśmy na miejscu pierwsze, ale musiałam za nim poczekać, ponieważ Tosia zdążyła zasnąć. W żadnym razie nie dałabym rady przenieść wszystkiego razem z nią na rękach, a pod żadnym pozorem nie chciałam jej zostawiać samej w zamkniętym aucie lub mieszkaniu. Miałam jedynie nadzieję, że Przemek jest już gdzieś w pobliżu.
Po kilku minutach czekania usłyszałam, że ktoś puka w moją szybę. Nareszcie.
- O, jesteś już. - powiedziałam od razu wysiadając z samochodu. Mój brat wyglądał naprawdę na bardzo zdezorientowanego.
- Hana, spójrz na mnie. Co się stało, jakie dziecko?
- Tosia jest ze mną, ale zasnęła. Byliśmy na zakupach razem z Piotrem i on nagle dostał telefon i wybiegł. Zdążył tylko powiedzieć, że coś z Magdą, ale nie chciał nic mówić przy niej. - tłumaczyłam na szybko otwierając bagażnik i wykładając zakupy. - Muszę się dowiedzieć o co chodzi i nie mogę tak spokojnie siedzieć w mieszkaniu, znasz mnie Przemo, dlatego mam nadzieję, że mi pomożesz.
- Oczywiście, że tak. Dobrze, że Ola była w domu i została z Franią. - tłumaczył jednocześnie wykładając rzeczy. - To co mam robić?
- Wniesiemy razem wszystko do mieszkania razem z Tosią, bo nie chcę jej budzić, a potem jeżeli nie masz nic przeciwko to pojadę do Piotra.
- Jestem twoim bratem, możesz na mnie liczyć. - odpinał już delikatnie małą z fotelika. Odkąd ma Franię naprawdę zrobił się jeszcze bardziej opiekuńczy. Wspaniały z niego tata. - To idziemy.
Razem daliśmy radę wnieść wszystko na górę. Potem skorzystałam jeszcze z łazienki i miałam zamiar się ulotnić.
- Dziękuję. - pocałowałam go szybko w polik przy wyjściu. Taki brat to skarb i bardzo cieszyłam się, że mogę na niego liczyć.
W mgnieniu oka znalazłam się z powrotem w moim samochodzie i ruszyłam, chociaż nie wiedziałam tak naprawdę dokąd mam jechać.
- Piotr, wreszcie. - powiedziałam, gdy tylko mój telefon zadzwonił. - Gdzie jesteś?
- W Leśnej Górze, jej stan jest naprawdę ciężki. U was wszystko okej? - denerwował się, był cały spięty.
- Tak..
- Hana, muszę kończyć. Wiozą ją, zadzwonię później. Kocham cię. - powiedział i rozłączył się, a ja już zmniejszałam dystans między mną, a szpitalem.

Jeżeli przeczytałaś/eś skomentuj! Dla ciebie to tylko chwila, a dla mnie znaczy to naprawdę dużo, zachęcam!

czwartek, 29 stycznia 2015

Opowiadanie 2. Część 5.

Reszta czasu zleciała nam bardzo szybko, a szkoda, bo było to całkiem dobre odstresowanie się i odetchnięcie.
Posiedzieliśmy jeszcze trochę na ręcznikach, a potem stwierdziliśmy, że już pomału nadszedł czas, aby się zbierać. Poszło nam to nawet całkiem sprawnie i chwilę potem siedzieliśmy już w trójkę w samochodzie.
- To teraz odwozimy małą już? - zapytałam Piotra, bo widziałam, że kieruje się w przeciwną stronę niż dom dziewczynki.
- Nie! - krzyknęła radośnie.
- Właściwie Hana.. uzgodniłem z Magdą, że Tosia zostanie dzisiaj u nas na noc, no chyba, że masz coś przeciwko.
- Oczywiście, że nie. - spojrzałam na nią i widziałam jej ulgę, gdy tylko usłyszała moje słowa.
- To teraz dom moje panie czy może jakieś specjalne życzenia? - spytał patrząc chwilę na mnie i na nią.
- Hm, tak właściwie to możemy pojechać na jakieś zakupy. Dawno nic nowego sobie nie kupiłam. A ty co o tym sądzisz? - popatrzyłam na małą.
- Chcę ciociu! - odpowiedziała pewnie.
- To może jednak pojedziemy do tego domu i odpoczniemy... chyba wszyscy jesteśmy już dość mocno zmęczeni. - próbował Piotr. Wiedział jak kończą się zakupy i ile zazwyczaj czasu na tym upływa. To bardzo długi i żmudny proces, a jeśli jest jeszcze mała dziewczynka... to na pewno potrwa znacznie dłużej.
- Przykro mi kochanie, ale jesteś przegłosowany! - wytknęłam mu język i przybiłam piątkę mojej małej koleżance. Widziałam, że od razu ją to rozśmieszyło.
- To świetnie. - powiedział z udawanym smutkiem i skręcił szybko w prawo.
- Hura! Zakupy! - wykrzykiwała (w moim opowiadaniu ma 5 lat).
Dojechanie do centrum handlowego zajęło nam góra piętnaście minut. Już gorzej było ze znalezieniem miejsca na parkingu, ale ostatecznie i z tym daliśmy sobie jakoś radę.
- To co? Możemy zacząć stąd! - pokazałam palcem pierwszy sklep z brzegu i skierowałam się tam z trzymającą mnie za rękę Antoniną.
- No to zaczynamy. - powiedział mój mąż i udał się za nami, łapiąc ją od drugiej strony. Wyglądaliśmy jak prawdziwa rodzina.
Wiedzieliśmy, że musimy być w domu koło dwudziestej, żeby przygotować małą do snu i położyć ją. Magda mówiła, że o dwudziestej pierwszej już powinna dawno spać.
- Trochę już tego dużo. - patrzyłam na Piotra, który dźwigał siatki. Wyglądało to jak jakaś komiczna scena z filmu, ale przynajmniej my miałyśmy ubaw.
- Najważniejsze, że chociaż wy jesteście szczęśliwe.
- A ty nie? - pocałowałam go i zapytałam.
- No teraz już tak.
- Fuj! - przerwała nam Antosia, która zdążyła już zakryć usta ręką.
- Chwila, to może być ze szpitala. - powiedział Piotr i odebrał telefon. Odszedł trochę na bok i zaczął z kimś rozmawiać. Ja w tym czasie nie spuszczałam oczu z małej, która zajmowała się swoim nowym i podobno już ulubionym misiem.
- Ma na imię Hana. - powiedziała głaszcząc ją.
- Naprawdę? To bardzo miłe, dziękuję. - uśmiechnęłam się do niej, ale ona była za bardzo zajęta misiem.
- Hana! Muszę natychmiast jechać, coś z Magdą! Jedź od razu z Tosią do domu, dobrze? - powiedział bardzo szybko i już się zacząć oddala, przytulił tylko małą.
- Jak się czegoś dowiem zadzwonię, pogadamy później! - krzyknął i już go nie było.
- Gdzie tata? - Tosia nie wiedziała co się właśnie stało.
- Tata musiał pojechać, ale niedługo wróci. Chodź, same pojedziemy do domu. - powiedziałam, a ona złapała mnie za rękę. Była bardzo grzeczna. - Pomożesz mi?
- Tak. - odparła i wręczyłam jej jedną małą i oczywiście najlżejszą reklamówkę, a sama jakimś cudem zabrałam resztę.
- Jesteś taka silna. - znów się do niej uśmiechnęłam i udawałam, że wszystko jest całkowicie okej, bo nie chciałam jej straszyć. W głowie jednak huczało mi tysiące myśli.
Gdzie pojechał Piotr i co stało się z Magdą?


Dzisiaj trochę dłuższe. Podobało ci się? Zachęcam do komentowania, bardzo mnie to motywuje do dalszej pracy!

czwartek, 22 stycznia 2015

Opowiadanie 2. Część 4.

Budzik powinien zadzwonić chwilę po szóstej. Właśnie, powinien.
Otworzyłam oczy i szybko się przeciągnęłam. Byłam bardzo zadowolona, ponieważ z całą pewnością się wyspałam i jeszcze wstałam przed czasem. Oznaczało to, że mogłam jeszcze trochę poleżeć i poczytać. Byłam jednak w dużym błędzie.
- Dzień dobry księżniczko - powiedział wchodzący do sypialni Piotr.
- A ty o tej godzinie już na nogach? - zapytałam zdziwiona. Wnioskowałam, że jest dopiero koło szóstej rano, a po wczorajszym stanie Piotra byłam pewna, że najwcześniej wyjdzie z łóżka koło dwunastej.
- Przecież już południe. - odpowiedział mi spokojnie i wskazał palcem na stojący na komodzie zegar.
- O mój Boże! - krzyknęłam, kiedy tylko moje oczy powędrowały za jego palcem. - Przecież miałam być w pracy od siódmej! Tretter mnie chyba zabije! Dlaczego mnie nie obudziłeś, skoro wstałeś wcześniej?! - fuknęłam na niego.
- Spokojnie, uspokój się. - mówił powoli i widać było, że bardzo bawi go moje zachowanie.
- Piotr, jestem spóźniona do pracy prawie sześć godzin! Rozumiesz? - odkrzyknęłam mu i w między czasie wyciągnęłam już ubrania z szafy.
- Dzwoniłem do niego i powiedziałem, że dzisiaj nie przyjdziesz.
- Naprawdę? - zapytałam odwrócona w jego kierunku.
- No, specjalnie wstałem wcześnie. Powiedział, że nie ma problemu i nawet się cieszył, bo mówił, że ostatnio za dużo pracujesz i przyda ci się jakieś wolne, także to mamy z głowy.
- Świetnie, dziękuję, że o tym pomyślałeś. - podbiegłam do niego i pocałowałam go.
- Chyba będę to robił częściej. - odpowiedział mi uśmiechem i odwzajemnił pocałunek.
Trwaliśmy tak dłuższą chwilę, a potem już tylko przenieśliśmy się bardziej na łóżko. Wydaję mi się, że chyba nie muszę mówić co było dalej. Powiem jedynie, że ten dzień już od początku mi się podobał i zaczął się bardzo przyjemnie i intensywnie.
Potem wspólnie wybraliśmy się na szybkie zakupy i zaplanowaliśmy co będziemy dzisiaj robić z Tosią, ponieważ Piotr był umówiony z Magdą, że weźmie ją do siebie. Mi to w ogóle nie przeszkadzało, a wręcz cieszyłam się, ponieważ bardzo ją lubię i ona chyba mnie też, poza tym przypomina mi Piotra.
Postanowiliśmy zabrać ją nad jezioro, mała bardzo chciała nauczyć się pływać, a pogoda także nam w tym sprzyjała.
Nie zastanawiając się długo uzgodniliśmy, że Piotr pojedzie po Tosie i zadba o to, żeby wzięła wszystkie potrzebne rzeczy, a ja w tym czasie zapakuję nas: jakieś koce, piłki i przede wszystkim jedzenie. To był dobry pomysł i uniknięcie kontaktu z mamą Tosi - Magdą, która jak wiemy, zbytnio nie pała do mnie entuzjazmem.
Godzinę później już wygrzewaliśmy się na słonecznej plaży. Było całkiem mało ludzi, dlatego nie mieliśmy problemu ze znalezieniem miejsca i tym podobne.
Wszyscy troje powygłupialiśmy się i ochlapywaliśmy w wodzie przez dłuższy czas. Widać było, że dziewczynka była bardzo szczęśliwa i podobało jej się to.
Potem Piotr postanowił, że zacznie uczyć ją pływać. Chciałam, żeby chociaż wtedy spędzili trochę czasu sami, dlatego postanowiłam wyjść z wody i trochę odpocząć i zjeść coś przy okazji.
Chwilę leżałam i czytałam książkę, a potem siedziałam na telefonie, jednak to wszystko bardzo mnie nudziło. Z tego względu po chwili wyciągnęłam kanapkę i po prostu zaczęłam się na nich patrzeć (i jeść).
Widziałam jacy oboje są szczęśliwi i jaką radość sprawia im spędzanie czasu ze sobą. Zdałam sobie także sprawę, że Piotr ma świetne podejście do dzieci i jest bardzo troskliwy. Z całą pewnością jest wspaniałym ojcem. Wtedy zaczęłam myśleć o naszych wspólnych dzieciach i czy kiedyś się ich doczekamy z moimi problemami...