sobota, 25 lipca 2015

Opowiadanie 2. Część 17.

Właśnie wtedy zdałam sobie sprawę z bardzo istotnej rzeczy, którą do tej pory jakoś skutecznie, pochłonięta "ważniejszymi" sprawami, zdołałam wyprzeć... chociaż w sumie... walić to. Jakim cudem? Czemu? Dlaczego przeszłam koło tego mimochodem i nawet nie zapytałam? Serio, chyba jestem aż tak głupia, że sama do tej pory nie zwróciłabym na to najmniejszej uwagi, gdyby nie pytanie mojego męża. Zdaję sobie sprawę, że wcale nie musiał pytać, a jedynie chciał w jakiś sposób zacząć ten temat. To logiczne, że doskonale wiedział, iż paraliż zawładnął moimi nogami, przecież w innym razie nie skierowałby takiego zapytania w moją stronę.
Potrzebowałam sporej chwili, aby sobie to wszystko uświadomić i jakkolwiek poukładać w mojej głowie, chociaż nawet wtedy nie dałam mu jasnej odpowiedzi. Zakładam, że nawet na nią nie czekał, przecież wiedział.
- Jak? - po prostu rzuciłam jedno krótkie słowo, gdy on nie spuszczał ze mnie wzroku.
- Masz uszkodzony nerw w nodze odpowiedzialny za ich pracę. - wciąż intensywnie spoglądał w moim kierunku. - Nogach... - poprawił się po chwili jeszcze bardziej zmieszany.
- Ale w obu? Jak? - byłam bliska załamaniu. Poprawka. Załamana byłam od początku, ale jakoś starałam się dusić to w sobie. Byłam bliska całkowitemu rozsypaniu się.
- Niefortunnie wyszło. Miałaś je blisko siebie i podczas wypadku zostały przygniecione przez jakąś część samochodu, dodatkowo jeszcze napierały na siebie.
- Wyjdę z tego? - przestałam się cackać. Zapytałam wreszcie o coś, co w tej sytuacji było dla mnie najważniejsze i choć niezmiernie bałam się odpowiedzi to czekałam na nią, nie było innego wyjścia.
- Hana... - zaczął, a ja od razu zorientowałam się do czego zmierza.
- Piotr, tylko szczerze. Jestem twoją żoną, jestem lekarzem. - ha, jakby nie wiedział. - Bądź ze mną szczery.
- Więc w tym momencie jeszcze nic nie wiemy. Potrzeba trochę czasu, żeby zobaczyć czy te uszkodzenia są nieodwracalne, czy może wszystko wróci do normy. Musimy czekać. - ledwo zauważalnie przy tym drasnął mnie o nogi. Nie wiedział, że ja widziałam, ale niestety widziałam. Zapewne chciał zobaczyć czy może chociaż drgną, może cokolwiek. Nic, nie było żadnej reakcji...
- W takim razie czekajmy. - dodałam stanowczo, choć głos mi się łamał. - Zawieziesz mnie do mojego synka? - otarłam dwie łzy, które płynęły mi po policzku. Uświadomiłam sobie, że miałam cesarskie cięcie, byłam nieprzytomna, co znaczy, że jeszcze ani razu go nie widziałam. Trzeba to szybko zmienić. Już nie mogę się doczekać, aby ujrzeć nasze małe, wielkie szczęście.
Pielęgniarka, która przywędrowała minutę później do sali chciała pomóc mi wejść na wózek i prowadzić go, jednak Piotr uznał to za zupełnie zbędne i w miły sposób odprawił ją. Stwierdził, że sam sobie w zupełności poradzi i nie są mu potrzebne jeszcze dodatkowo osoby trzecie.
Starałam się z całej siły i prawie samodzielnie zdołałam usadowić się na wózku, prawie... Następnie Piotr stanął za mną i sprzętem i zaczęliśmy jechać. Wiedziałam, że już lada chwila nastąpi to spotkanie i chociaż w tym momencie złe uczucia odstąpiły miejsca rym dobrym. Dziękowałam za to i w myślach prosiłam, aby ta chwila trwała jak najdłużej. Nie chciałam znowu wracać do szarej rzeczywistości i walczyć o to, czy będę mogła jeszcze chodzić.
Znaleźliśmy się przed salą, gdzie leżały dzieciaki, jednak nie wjechaliśmy od razu. Właściwie poprosiłam Piotra, abyśmy chwilę zostali i popatrzyli na ten widok.
W środku przy naszym małym chłopczyku był Przemek, który pod swoim ramieniem trzymał Tosię. Oboje szeroko się uśmiechali i wpatrywali w szybę, za którą grzecznie spał Eryk.
- Specjalnie poprosił Olę, żeby ktoś ją zastąpił i poszła do domu zająć się Franią, żeby mógł przyjechać tu z Tosią. - powiedział do mnie Piotr, kiedy również się w nich wpatrywał.
- Co?
- No tak, bo wiesz, ona też widziała ten wypadek. Bardzo się bała i robiła ciągle histerię, że chce tu przyjść. Jeszcze, kiedy dowiedziała się, że ma już brata to już w ogóle wpadła w szał. Przemo wreszcie uległ i poprosił Olę, która oczywiście się zgodziła. Jeszcze wcześniej dla pewności zadzwonił do mnie. No powiem ci, że ten chłopak robi na mnie coraz lepsze wrażenie. - dodał i pochylił się, żeby pocałować mnie w czoło.
- Bo to mój brat. - cicho odparłam, chociaż wiedziałam, że Piotrek słyszał.
Byłam dumna z Przemka, że mam takiego wspaniałomyślnego i pomocnego brata. Byłam dumna z Piotra, że mam takiego idealnego i kochającego męża. Byłam dumna z Tosi, że mam taką dorosłą i pewną siebie małą dziewczynkę. Najbardziej jednak byłam dumna z Eryka, że mimo wszystko dał radę, przetrwał i dzięki jego walce, mogę mieć takiego synka.


Ciąg dalszy problemów z internetem, ale na szczęście na tym już koniec i wszystko wraca do normy, chociaż oczywiście jeszcze raz przepraszam, że tyle musieliście czekać.
Jak wam się podoba? Dobrze mi idzie? Zachęcam do dzielenia się waszą opinią ze mną w komentarzu. Dla was kilka kliknięć, a dla mnie mega kop do dalszej pracy.

Pozdrawiam, Patrycja

niedziela, 12 lipca 2015

Opowiadanie 2. Część 16.

Nie miałam szans w starciu z tym gigantem. Nadawałby się prędzej na ring bokserski niż pracę na oddziale w szpitalu. Kim jest ten człowiek?
Po dosłownie już kilku sekundach w pełni zorientowałam się, że moja walka z nim jest całkowicie bezsensowna i z góry skazana na porażkę. Odpuściłam wreszcie i przestałam się wyrywać. Wsunęłam się potulnie w głąb wózka i skończyłam wiercić. Wiedziałam, że teraz jego ruch i oczekiwałam go. Moje wszystkie zmysły były wyostrzone i gotowe, niezależnie od tego, co mnie czeka.
Mężczyzna na migi pokazał mi, że mam zostać w miejscu i się nie ruszać, albo stanie się coś złego. Od razu zrozumiałam i wiedziałam już, że na pewno nie będę próbować żadnych sztuczek. On również był tego świadomy. Zdawałam sobie sprawę, że nie zaryzykuje. Byłam zbyt przerażona. Paraliż ogarnął moje ciało, nie ruszałam się nawet o milimetr, a oddychałam tak płytko, na ile to tylko możliwe. Dlaczego nie powiedział jeszcze ani słowa? Nie chce zdradzać głosu czy może ma inne powody?
Bezszelestnie oddalił się ode mnie i wszedł do sali, gdzie leżały wcześniaki w inkubatorach, a ja w
myślach jedynie modliłam się, żeby wszystko z synkiem było w porządku. Przeleciałam wzrokiem po rządkach sprzętu i naklejkach na nich umieszczonych. Nigdzie nie było napisu: Eryk Gawryło...
Wtem mój wzrok powędrował znów do rosłego mężczyzny, który skierował się na sam tył sali. Było tam coś zasłoniętego ogromnym kocem. Upewnił się, że patrzę i jednym ruchem zrzucił ową zasłonę. Krzyczałam w niebo głosy.
- Coś ty mu zrobił?! - wrzeszczałam ciągle, a choć on znów zasłonił przykryciem ciało, to w mojej głowie wciąż odtwarzał się jeden obraz.
Przed dzieckiem była ogromna plakietka, a na nim jego dane, dane naszego synka. Wszystko super tylko chłopiec był położony na wznak, bez rączek, bez nóżek, które leżały bezwładnie zupełnie obok. Sam tułów mojego pierworodnego. Te niewinne, umarłe spojrzenie...
Do końca życia nie wyprę tego obrazu z mojej pamięci. Do końca mojego życia będzie mnie prześladować...
 
* * *
 

Otworzyłam oczy i natychmiast poczułam własny pot, który obiegł całe moje ciało. Pochłaniałam oddechy bardzo łapczywie i szybko, jakby w każdej chwili mogłoby mi ich zabraknąć. Gdy tylko zamknęłam kilka razy oczy, aby mrugnąć, wciąż widziałam ten okropny widok. Najgorsze było jednak to, że  nie wiem czy to tylko sen... To zdarzyło się naprawdę czy nie?
Byłam coraz bardziej przekonana, że sobie tego nie wyśniłam. Nie byłam w ciąży, paraliż ogarnął moje nogi, wszystko się zgadzało...
Moje koszmary przerwał dopiero po chwili wchodzący do sali Piotr. Natychmiast się rozpłakałam, a kiedy tylko podszedł bliżej rzuciłam mu na szyję. Teraz już wiedziałam - to tylko cholerny koszmar, w którym nikt nie wydusił do mnie nawet słowa.
Tkwiliśmy tak w uścisku dłuższą chwilę. Musiałam się pozbierać i wciąż utwierdzać na nowo w przekonaniu, że to był tylko sen, chociaż wiedziałam, że niestety na długo nie wyprę go z pamięci.
- Co z dzieckiem? - oprzytomniałam po chwili i kiedy wróciłam do rzeczywistości od razu zadałam pytanie.
- Było źle, Hana. - wybąkał. - W sumie nadal nie jest za dobrze. Leży w inkubatorze. Całe szczęście chyba nie ma żadnych obrażeń związanych z wypadkiem, chociaż wciąż sprawdzają.
- Nic mu nie jest? Naprawdę?
- Oby, pielęgniarki mówią za to, że jest bardzo głośny, więc nie będziemy mieli lekko. - próbował poprawić mi humor i delikatnie zmienić temat. Chyba jednak nie jest do końca w porządku.
- Kiedy wracamy do domu? - chciałam jak najszybciej znaleźć się w naszych czterech ścianach i cieszyć powiększoną rodziną oraz przede wszystkim, jak najszybciej wyprzeć z pamięci te przykre w skutkach zdarzenia.
- Mały będzie musiał jeszcze trochę tu zostać, ale o niego się nie martw. Gorzej z tobą... - wybąknął ledwo słyszalnie.
- Co? - całą uwagę do tej pory skupiłam na dziecku.
- Hana, czujesz nogi? - zapytał, a mnie znowu ogarnęło to wstrętne uczucie, które wróciło z podwojoną mocą - przerażenie...


I jak? Zachęcam do komentowania i śledzenia dalszych losów mojego opowiadania. Mam nadzieję, że wam się podoba i wywiera na was chociaż jakiś dreszczyk emocji.

Pozdrawiam, Patrycja

wtorek, 30 czerwca 2015

Opowiadanie 2. Część 15.

Byłam podłączona do różnego rodzaju sprzętów, a do moich żył dostawała się kroplówka, chociaż szczerze - kompletnie mnie to nie obchodziło. Jedyną myślą w mojej głowie był teraz Eryk. Swoim stanem nie przejmowałam się kompletnie. Uważam, że w tej sytuacji odgrywał on całkowicie drugorzędną rolę, co było uzasadnione. Najgorsze było jednak to, że wciąż go nie czułam, a jako ginekolog doskonale wiedziałam, co to oznacza. Przypuszczam, iż nawet bez mojej kwalifikacji mogłabym się tego domyśleć. Nie jestem nawet w stanie opisać uczuć, które towarzyszyły mi, kiedy dotknęłam mojego brzucha. Nie byłam już w ciąży. Ogarnęło mnie przerażenie, którego nie zdoła pochwycić jakakolwiek skala na świecie. Powinnam być jeszcze w ciąży, przecież powinnam...
Wszystko mnie boli, nie mogę wytrzymać i nie mogę już nawet myśleć o moim synku, moim małym Eryczku. Ała, stop, proszę. Chcę o nim myśleć. To jedyne, co mnie tu trzyma.
- Piotr... - mamrocze, chociaż jestem w pełni świadoma, że w tym momencie znajduję się sama w sali. Wiem, że on mnie nie słyszy, że nikt mnie nie usłyszy. Ktoś tu musi jednak przyjść. Potrzebuję czegoś na ból, nie mam już siły, natychmiast! Byle coś mocnego! Czemu akurat ja? Niech to się już skończy. Długo tak nie pociągnę. Prędko!
Zdążyłam szybko wcisnąć przycisk przyłączony do łóżka każdego pacjenta w razie potrzeby i odpłynęłam. Nie chciałam tego. Chciałam wstać i biec do przodu, do Piotra i Eryka, gdziekolwiek oni są. Pragnienie było jednak silniejsze. W jednej chwili pochłonęła mnie czarna dziura. Za żadne skarby świata nie chciała puścić, a naprawdę bardzo mocno starałam się od niej oderwać.
Straciłam przytomność. Urwał mi się film.
Ktoś lekko ciągnął moją koszulkę, kiedy wyrwałam się z trwającego transu. Zostałam brutalnie przeniesiona na fotel i bez słowa ruszyłam z lekarzem na przód. Nie znałam go, a to było raczej niemożliwe. Nie wiem, kim był, nie przedstawił się, a jedynie pchał wózek coraz szybciej. Chciałam nawiązać rozmowę, dowiedzieć się chociaż dokąd zmierzamy, jednak w żadnym stopniu nie reagował na moje prośby. Po prostu uśmiechał się trochę głupawo i dziwnie, bardzo dziwnie...
Jakiś czas później wreszcie się zatrzymaliśmy. Odetchnęłam trochę, ponieważ myślałam już, że zostanę wywieziona poza teren szpitala. Najgorsze było to, że ludzie w szpitalu pracowali jak dotychczas i nikt nawet nie próbował nas zatrzymać, nikt nie zwracał na nic uwagi. W tłumie wciąż starałam się wypatrzeć Piotra, jednak jak dotychczas - nigdzie go nie było.
Moją uwagę przykuło miejsce, przy którym mężczyzna gwałtownie zahamował wózek. Przejechaliśmy cały szpital, żeby znowu znaleźć się na oddziale ginekologicznym, z którego zaczynaliśmy naszą wędrówkę. Nie była to jednak moja wcześniejsza sala. Z trwogą zwróciłam się w kierunku szyby.
- Gdzie on jest?! - wykrzyczałam najgłośniej jak potrafiłam i natychmiast wpadłam w histerię. Chciałam wstać, ale ten przeklęty kolos mnie przytrzymał. Próbowałam się wyrywać...


Co o tym myślicie? Oczywiście standardowo zachęcam do komentowania i nabijania wyświetleń. Każde wasze zdanie ma dla mnie ogromne znaczenie.
Odnośnie długości to zdaje sobie sprawę, że jest trochę krótko, ale chcę podzielić to na kilka części. Poza tym jestem chwilowo na tygodniowym wypadzie nad morze także próbuję odpocząć.
Pozdrawiam serdecznie,
Patrycja

wtorek, 23 czerwca 2015

Opowiadanie 2. Część 14.

Byliśmy za bardzo szczęśliwi. Wszystko, co nas otaczało też. Wiedziałam, że po prostu jest aż za dobrze, że jest trochę jak w bajce, a ona kiedyś się kończy. Liczyłam jednak, że pobędziemy w takiej bańce mydlanej, odizolowani od problemów, trochę dłużej. Niestety, ktoś musiał ją niespodziewanie przebić, a my z całą siłą runęliśmy na ziemię, To był bolesny upadek i zdecydowanie zbyt wczesny. - właśnie to były pierwsze myśli, które wypłynęły z mojej głowy, gdy wreszcie odzyskałam przytomność w szpitalu. Tylko myśli, bo na ten moment nie byłam w stanie wykrztusić z siebie ani słowa. Ile czasu byłam nieprzytomna? Czemu wierzyłam, że wszystko pójdzie dobrze, skoro wiedziałam, że w moim życiu zawsze coś się wali? Przestańcie krzyczeć! Wszystko huczy mi w głowie! Uciszcie się! Nie wytrzymam tego! Dlaczego nic nie czuję?!

*dzień wcześniej*

Po kilku godzinach siedzenia i układania tych ubranek naprawdę bolał mnie mocno kręgosłup. Piotr robił wszystko, co w mojej mocy, żeby mnie odciążyć. Zajmował się małą i dopilnował tego, żeby mi nie przeszkadzała  nawet na chwilę, bo chciał, żebym wreszcie odpoczęła. Potem, kiedy zasnęła, przyszedł do mnie i zrobił mi długi masaż. Właśnie tego w tamtym momencie najbardziej potrzebowałam i wydaje mi się, że nie tylko ja, ale większość kobiet w zaawansowanej ciąży. Mam tylko nadzieję, że na świecie jest więcej takich mężczyzn, jak mój Piotr, żeby inne ciężarne panie też nie były pokrzywdzone. 
Odpłynęłam w jego dotyku. Było mi tak wygodnie i błogo. Proszę, niech ta chwila się nie kończy! Skończyła się...
- No już, co za dużo to niezdrowo. - skierował słowa w moją stronę, kiedy tak brutalnie po prostu przerwał najlepszy moment tego dnia. 
- Nie, nie, proszę, jeszcze chwilę! - domagałam się. Nie chciałam tego kończyć, mogłabym tak trwać wiecznie. 
- Idę zajrzeć do Tosi, a ty wróć już na ziemię, kochanie. - pocałował mnie w czoło i wyszedł z sypialni. Był nieugięty, a szkoda. Liczyłam na jeszcze chociaż kilka minut przyjemności. Przeliczyłam się. Ma racje, czas wrócić na ziemię... chociaż jeszcze nie teraz. Może za dwie godzinki...
- Mmm... - wydałam cichy pomruk, kiedy trzy godziny później otworzyłam oczy. Od razu było mi lepiej. Ta drzemka zregenerowała moje siły. Ogólnie coraz ciężej znosiłam ciążę, byłam już wyczerpana. Z dnia na dzień musiałam coraz więcej odpoczywać. Bardzo, ale to bardzo uciążliwe, jednak pocieszałam się faktem, że jestem już na półmetku.
Zastałam przyjemny widok, kiedy wyszłam z pokoju i udałam się do salonu. Piotr i Tosia zrobili sobie bazę z fotelów, kanapy, koców i poduszek. Wyglądało to naprawdę dobrze i byłam pod wrażeniem.
- Jadę na szybkie zakupy, zaraz wracam. - powiedziałam, kiedy tylko otworzyłam lodówkę. Zazwyczaj to była specjalność mojego męża, ale nie chciałam przerywać tej jego chwili z córką.
- Nie, nie. Zostajesz w domu, ja pojadę. - odwrócił się w moją stronę i powiedział.
- Przestań, ty zazwyczaj jeździsz. Jak raz będzie moja kolej to nic się nie stanie. Poza tym chyba nie chcesz przerywać tak super zabawy z Antosią, prawda? - uśmiechnęłam się. Wiedziałam, że dziewczynka będzie po mojej stronie.
- No właśnie! - odparła natychmiast według moich przypuszczeń. - Tato zostań!
Upierałam się z nim jeszcze chwilę, ale nie miał wyjścia i musiał się zgodzi, bo był przegłosowany, znowu. Ustaliliśmy, że pojadę do najbliższego sklepu, a oni będą mi machać przez okno cały czas, dopóki nie stracą mnie z oczu.
Wyjechałam z parkingu pod domem i wjechałam na drogę. Nie było prawie w ogóle ruchu, więc trochę przyspieszyłam. Odnalazłam ich wzrokiem w oknie i zaczęłam machać w ich kierunku, a oni w moim. Trwało to zbyt długo, trochę odpłynęłam, zapomniałam, że prowadzę. Patrzyłam się tylko szczęśliwa w to cholerne okno zamiast na drogę. Zbyt długo.

* * *

Huk. Zderzenie, znowu huk. Zderzenie. Ból. Już nie prowadzę. Leżę. Boże dziecko, chcę wstać, ale nie mogę się ruszyć. Co z dzieckiem?
Piotr już chwilę później był przy mnie. Zebrali się gapie. Mój mężczyzna poprowadził całą akcję. Kazał komuś dzwonić po pomoc, a sam od razu znalazł się przy mnie.
- Hana, Hana! Nie zasypiaj! Słyszysz? - krzyczał do mnie, ale nie potrząsał moją głową. Wiedział, że mógłby w taki sposób jedynie pogorszyć mój stan.
- Piotr! Dziecko... - zaczęłam, nie miałam już siły, usypiałam.
- Co?! - krzyczał bardzo głośno.
- Ja.. nie czuję go, ruchy, nie czuję jego ruchów... - wydusiłam z siebie ostatkiem sił.
- Hana nie śpij! Słyszysz?! Nie śpij! - krzyczał chwilę, a potem już nie wiem. Ostatecznie nie posłuchałam się go, nie mogłam.
- Przepraszam, Piotr... - zasnęłam.



Mam nadzieję, że taka długość wam odpowiada. Mega dziękuję Sylwii, która mnie zainspirowała do takiego zwrotu akcji. W sumie wiedziałam, że robi się trochę nudnawo, ale nie byłam pewna jak to zmienić. Naprowadziłaś mnie i ta część prawie sama się napisała. Jeszcze raz dziękuję, a inni mogą także pomóc mi w ten sposób! Jakiekolwiek macie sugestie to piszcie. Sami widzicie, że z nich korzystam.
Komentujcie, komentujcie!
Patrycja

piątek, 19 czerwca 2015

Opowiadanie 2. Część 13.

Mój Piotr chciał chyba naprawdę udowodnić mi, że jest romantyczny, męski i silny. Na chęciach jednak stanęło, bo kiedy próbował mnie wynieść z samochodu i zanieść na rękach do domu, był tak niezdarny, że od razu się obudziłam. Właściwie to trochę przesadziłam, bo stanęło już na "próbował mnie wynieść z samochodu", a nie "na rękach do domu", nie czepiajmy się jednak szczegółów. Chociaż byłam pogrążona w krainie snów i nie bardzo podobało mi się nagłe wyrwanie z niej i tak natychmiast posłałam mu ciepły uśmiech i ucałowałam w polik. Za to go kochałam - czasem bardzo honorowy i samodzielny, jak idealny przykład wyjęty ze średniowiecznego kodeksu rycerza, a czasem nieporadny, mały chłopiec. Mój ideał, naprawdę i całkowicie mój. Jestem dumna, że związałam swoje życie z mężczyzną takim, jak on. Muszę tylko mówić mu to częściej.
Wcześnie rano zerwałam się z łóżka i postanowiłam przygotować pyszne śniadanie. Oczywiście nie miałam kaca, bo po czym? Jednak z przykrością nie mogę powiedzieć tego samego o moim ukochanym (dla jasności udajmy, że po imprezie zadzwonili po jakiegoś kolegę, żeby kierował, bo Piotr przecież nie mógł sam po alkoholu :)). Tym razem to ja musiałam zadzwonić do naszego szefa i poinformować o stanie męża. Trafiłam na zły humor dyrektora, który miał już jak to ujął "po dziurki w nosie całego tego dnia". Zapewniłam go oczywiście, że to ostatni taki wybryk i będziemy się pilnować.
Kilka godzin później wylegiwaliśmy się już wszyscy wspólnie na kanapie i oglądaliśmy stare powtórki "M jak miłość". Przemiła mama koleżanki Tosi odwiozła ją do nas i odprowadziła pod same drzwi. Chcieliśmy, żeby została chociaż na kawę, ale nie udało nam się jej przekonać, bo miała pilne spotkanie. Kobieta została poinformowana dokładnie o moim stanie (o tym, że jest w ciąży i będzie mieć syna) przez dziewczynkę i dała nam naprawdę sporo różnych rzeczy dla małego chłopczyka po swoim Leonie. Byłam jej dozgonnie wdzięczna i ustaliłyśmy, że musimy na pewno spotkać się po moim porodzie na takie babskie pogaduchy.
Kolejne trzydzieści minut Antosia opowiadała nam dokładnie i z każdym detalem pobyt u swojej nowej najlepszej przyjaciółki - Alicji i o tym, jakim Leon jest słodkim i małym bobasem. Zapewniała nas także, że nie może się już doczekać aż Eryk będzie z nami, bo zazdrości koleżance, że ma takiego "superhiperfajnego" brata, a ona jeszcze nie. Uświadomiliśmy jej, że nie potrwa to długo i już za jakiś czas będzie się nim mogła chwalić każdemu. Tym samym wywołaliśmy długi i szczery uśmiech  na jej twarzyczce.
Piotr odpłynął w małą drzemkę i regenerował siły po wczoraj, a ja razem z moją małą towarzyszką udałyśmy się do pokoiku przygotowanego specjalnie dla przyszłego członka naszej rodziny. Jest już całkowicie przygotowany i wyposażony od kilku dobrych miesięcy, bo nie mogliśmy się powstrzymać. Jedyne co się w nim zmienia to wciąż powiększająca się kolekcja ubranek. Coś wydaje mi się, że zabraknie zaraz na to wszystko miejsca, ale halo, przecież te z dzisiaj to nie moja wina, chociaż jestem za nie bardzo wdzięczna.
- Jakie śliczne! - powiedziała mała, która zdążyła już wyjąć byłe ubranka Leona z worka. Po jej reakcji zakładam, że ona także ich wcześniej nie widziała.
- Pokaż. - odwróciłam się do niej, bo stałam zwrócona zupełnie w inną stronę, a sama jeszcze nie miałam okazji ich zobaczyć. - Wow, są naprawdę ładne. - zaczęłam się zachwycać.
Zabrałyśmy się za ich dokładne oglądanie, a potem zaczęłam składać.
- Jak to się robi? - zapytała zirytowana Tosia pięć minut później. Patrzyła na moją złożoną małą stertę, a potem na swoje nic. Była zła.
- Oj, chodź do mnie bliżej to ci pokażę. - nie chciałam sama się podnosić i siadać, bo już i tak mocno bolały mnie plecy. - Widzisz? To proste. - dopowiedziałam po chwili.
- Ale super! - kiedy tylko się nauczyła natychmiast zaczęła układać swoją własną stertę.
Nie wiadomo od jakiego czasu Piotr stał oparty o drzwi i się w nas wpatrywał. Był uśmiechnięty i widać było, że ta drzemka trochę mu pomogła.
- Dwie najważniejsze kobiety mojego życia. - kucnął przy nas, pocałował każdą w czoło i objął ramieniem.
Spędziliśmy tam kilka dobrych godzin.


Zachęcam do komentarzy, które działają na mnie najbardziej motywująco. Jeśli macie jakieś ciekawe pomysły czy cokolwiek to napiszcie mi to i naprawdę chętnie z nich korzystam. W momencie, kiedy coś mi się spodoba i użyję tego wątku czy sytuacji to napiszę pod daną częścią nazwę osoby, która mnie zainspirowała. Komentarze z anonima chociaż podpiszcie z imienia.
Mam nadzieję, że wam się podoba i będziecie wyczekiwać dalszych losów naszych bohaterów.

Patrycja

niedziela, 14 czerwca 2015

Opowiadanie 2. Część 12.

- Hana! - od razu krzyknęła i podbiegła do mnie Agata. - Nie myślałam, że przyjedziecie.
- Hej, Agata. Ciebie też miło widzieć. - zaśmiał się obok mój mąż.
- No hej, wybacz. - zawtórowała mu. - A kto to tak urósł? - zaczęła, patrząc się na mój brzuch.
- Już niedługo będzie nas więcej. Zdecydowanie za długo wyczekujemy już Eryka.
- Świetne imię, mój dziadek też je miał. - dopowiedział Szczepan, który pojawił się tak naprawdę znikąd. Podszedł, pocałował Agatę czule w polik i stanął obok niej. - Szczepan, miło mi. - wyciągnął do mnie dłoń.
- Hej, Hana. - przedstawiłam się i uścisnęłam jego rękę. - Tyle się już nasłuchałam i wreszcie mogę cię poznać.
- Mam nadzieję, że słyszałaś same pozytywne rzeczy. - uśmiechnął się w moim kierunku. Od razu go polubiłam. Widać było, że naprawdę szczerze kocha naszą Agatkę, która wcześniej nie miała zbytnio szczęścia do miłości, ale może dzięki niemu ulegnie to zmianie.
- A masz jakieś wady? - zaśmiałam się, a oni zawtórowali. Porozmawialiśmy jeszcze chwilkę, a potem udaliśmy się na przywitanie z innymi. Większość osób już była, bo niestety mnie mąż poinformował z lekkim opóźnieniem. Zawsze wolałam być szybciej niż inni i po prostu pomóc w jakiejś organizacji niż robić wielkie wejście jak teraz. Wszyscy się na nas patrzyli i choć unikałam takich sytuacji to dzisiaj cieszyłam się. Przynajmniej widziałam wreszcie te znajome twarze. Uświadomiłam sobie, jak bardzo mi ich brakowało. Nawet jeżeli z częścią z nich nie utrzymuję kontaktu w mojej pracy na co dzień to i tak jestem z nimi zżyta. W pewien sposób jesteśmy taką wielką rodziną, jakkolwiek banalnie to brzmi.
- Hanuś! - Lena pierwsza rzuciła się na mnie, ale oczywiście pamiętała o moim stanie.
- Tęskniłam. - natychmiast odwzajemniłam jej uścisk. Piotr w tym czasie poszedł przywitać się z kolegami po fachu, a mnie całkowicie pochłonęła rozmowa z dziewczynami. Tak w sumie może to śmieszne, ale podzieliliśmy się na coś w stylu dwóch obozów - my kontra chłopacy. Musiałam przecież w jakiś sposób nadrobić zaległe plotki, których sporo zdążyło się nagromadzić w ciągu mojej nieobecności. Niektóre z nich były tak komiczne i nieprawdopodobne, że parę dobrych razy wybuchałam z moimi koleżankami śmiechem, a panowie kierowali wzrok w naszym kierunku i zastanawiali się o co chodzi. Jestem pewna, że oni też gadali o czymś podobnym. Co prawda Piotr pracuje i nie musi nadrabiać żadnych plotek, ponieważ jest z nimi na bieżąco, ale wydaje mi się, że rozmawiali o nas. W sumie były tu same pary: ja i Piotr, Agata i Szczepan, Lena i Witek, Wiktoria i Adam (rozstała się z mężem i jest z Adamem - moje marzenie) oraz Konica i Klaudia.
Z pół godziny później, kiedy byłam już całkiem na bieżąco postanowiłyśmy przerwać nasz podział na obozy i dołączyłyśmy do naszych mężczyzn. Umówiłam się też z Wiktorią, że będzie do mnie dzwonić co kilka dni i mówić mi o wszystkich nowościach, bo jako pani ordynator na pewno nic ją nie ominie.
Zrobiliśmy wspólne ognisko i usiedliśmy naokoło niego. Wszyscy oczywiście pili piwo lub jakieś napoje z procentami, a ja grzecznie sok ze świeżo wyciskanych owoców. Dołączył do nas także mój brat, który wziął ze sobą gitarę i tego wieczora stał się naszym prywatnym gitarzystą i piosenkarzem. My zaczęliśmy tańczyć i wygłupiać się, było naprawdę świetnie. Oczywiście po chwili musiałam usiąść i odpocząć, bo mój obecny stan nie pozwalał na więcej.
Przed pierwszą w nocy już wszystko było posprzątane, a my zawijaliśmy się do samochodu. Nie zabrakło też pożegnań, trzymania kciuków i życzenia powodzenia przez wszystkich.
Kiedy jechałam już samochodem myślałam o czasie spędzonym nad jeziorem. Byłam bardzo zadowolona, wieczór był niesamowity i z pewnością trzeba to powtórzyć, ale tymczasem przyda mi się sen...

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Opowiadanie 2. Część 11.

Spacer zleciał nam naprawdę bardzo miło i szybko. Zresztą to dokładnie tak samo jak pół roku, które minęło nim zdążyłam się obejrzeć. W tym momencie jestem w ósmym miesiącu ciąży, a właściwie zaczynam już dziewiąty. Płeć dziecka jest nam już od dawna znana i nie możemy się doczekać, żeby powitać na świecie naszego małego synka - Eryka. Bardzo długo myśleliśmy nad  imieniem dla tego małego szkraba, ale po długich rozmyśleniach i czasie spędzonym na forach dla przyszłych rodziców postawiliśmy właśnie na Eryk. Głównie chodziło nam o niepowtarzalność i oryginalność. Tak, to imię idealnie się wpasowuje, a do tego jest jeszcze takie śliczne.
Kolejną sprawą, której pewnie jesteście ciekawi jest sytuacja Magdy i jej córki Tośki. Kobietę próbowali wybudzać i za drugim razem, który miał miejsce z miesiąc temu, udało się. Ja i Piotr byliśmy bardzo szczęśliwi, ale niestety nie mogliśmy się podzielić naszym entuzjazmem z małą, ponieważ w jej przekonaniu mama była na wycieczce. Stan Magdy na początku był bardzo słaby i wciąż nie  należy do najlepszych. Z tej właśnie racji dziewczynka cały czas jest stałym bywalcem naszego domu. Kobieta przechodzi bardzo intensywną rehabilitację w specjalistycznym ośrodku w Niemczech, którą zorganizował mój mąż, choć nie ukrywam, że Tretter także nam w tym pomógł. Tam ma opiekę na najwyższym poziomie i z tego co wiemy pomału dochodzi do siebie. Do pełni formy i tak potrzeba jeszcze całe mnóstwo czasu, który jest głównym wyznacznikiem wszystkiego. Rozmawialiśmy z lekarzami oni uważają, że za około rok Magda będzie w stanie wrócić do swojego dawnego życia w pełnej formie. Wszystko świetnie, bardzo się z tego cieszę, ale co z Tośką? Jest już z nami bardzo długi czas. Ona sama zdążyła się do nas całkowicie przyzwyczaić, a my do niej. Nie wyobrażam sobie jeszcze cały rok traktować ją jak swoje własne dziecko, a potem tak z dnia na dzień po prostu przestać ją widzieć. Piotr wie, że to jest dla mnie ciężka sytuacja, bo strasznie się przywiązuje, ale on sam na razie nie każe mi o tym myśleć. Mówi, że jest jeszcze dużo czasu i mam skupić się na pozytywach (halo, za miesiąc będę prawdziwą mamą!!!). W sumie racja. Rok to jeszcze masa czasu, w ciągu którego może się wydarzyć pełno rzeczy. Nie mam na pewno co się przejmować na zapas.
- Wróciłem! - krzyknął do mnie od progu Piotr. Ten to ma fajnie. Ja już kilka miesięcy temu musiałam zrezygnować z pracy, bo po moim poronieniu z przeszłości były pewne obawy i po prostu muszę się oszczędzać.
- Też bym tak chciała. - odparłam mu natychmiast. Nie wydaję mi się, żebym była pracoholiczką, ale naprawdę bardzo tęskniłam za moją posadą, odbieraniem nowego życia, kontaktem z pacjentem i  niespodziewanych spotkaniach z Piotrem na holach. - Gdzie Tosia? - dopowiedziałam po chwili. - Przecież chyba miałeś ją odebrać i wrócić razem z nią. Zapomniałeś o dziecku?! - hormony, to tylko hormony...
- Spokojnie, mała poszła do koleżanki, a ja rozmawiałem z jej mamą. Dzisiaj piątek, więc  zgodziłem się, żeby została tam na noc, także mamy trochę czasu dla siebie. - mówił już z łazienki, kiedy jednocześnie mył ręce.
- Ha, chyba za dużo to już nie zdziałamy. - zaśmiałam się i popatrzyłam na mój już naprawdę sporych rozmiarów brzuch.
- Bardzo śmieszne. - poszedł i mnie pocałował. Doskonale wiedział, że tylko się droczę. Takie myśli wyszły nam z głowy od momentu, kiedy stojąc przestałam widzieć swoje nogi, a tylko brzuch. - To na co masz dzisiaj ochotę? - usadowił  się obok mnie na kanapie.
- W sumie moglibyśmy gdzieś wyjść. Mam już dosyć siedzenia w domu. - spojrzałam błagalnie w jego kierunku.
- Ale Hana, nie wolałabyś odpocząć? - jak zwykłe upierał się.
- Ale ja non stop odpoczywam. - szybko mu rzuciłam. - Po prostu włącza ci się jak zwykle ojcowski Piot..
- uś. - zdążył dokończyć za mnie. - Tak wiem, ale nie mogę nic na to poradzić. Muszę dbać o ciebie i naszego małego piłkarza.
- Piłkarza? - byłam zaskoczona. Ciągle dowiaduję się jakiś informacji o Eryku, którego nawet jeszcze z nami nie ma. W sumie to całkiem przyjemne.
- No tak, piłkarza. A co sobie myślałaś? No ewentualnie może pójść w ślady rodziców. - oczywiście żartował. Oboje wiedzieliśmy, że to, kim zostanie Eryk leży tylko w jego intencji.
- No oczywiście. - zawtórowałam mu.
- Hm, skoro tak bardzo chcesz gdzieś wyjść to chyba przyszło mi coś do głowy. - zaczął się zastanawiać.
- No to dawaj. - byłam podekscytowana. Miałam ochotę spotkać się z wreszcie z ludźmi.
- Agata i Szczepan zaprosili wszystkich na jakąś imprezę nad jeziorem. W sumie możemy tam pojechać. ( Moja druga najlepsza para, oni są świetni, też tak myślicie? )
- Jasne! - podniosłam się z kanapy, wreszcie. - Tak dawno wszystkich nie widziałam. Nie zdążyłam nawet jeszcze poznać tego Szczepana, chociaż tyle o nim słyszałam.
- Ejej, tylko nie poznawaj go aż tak bardzo. - żartowniś.
- Widzę, że żarty to się dzisiaj nie tylko mnie trzymają. - dałam mu kuksańca w bok.
Jakieś pół godziny później byliśmy już gotowi i Piotr odpalał silnik w samochodzie. Imprezo szykuj się! Ciężarna Hana i Piotr nadchodzą.


Przepraszam, ale zależy mi na ocenach i to na tym całkowicie musiałam się skupić w ostatnich miesiącach. Teraz już na szczęście jest końcówka i dam radę i tu coś naskrobać. Swoją drogą co myślicie o Agacie i Szczepanie (♥) ? Jak wam się podoba? Jak zwykle zapraszam też na aska - klik